fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Brexit. Wielka Brytania chce zrobić wszystko po swojemu

AFP
Brexit otwiera nowy rozdział w wielowiekowej rywalizacji Zjednoczonego Królestwa i Francji. Czy górę weźmie liberalny model brytyjski? Czy jednak Unia Europejska, dziecko francuskiego etatyzmu, zdoła zepchnąć na margines dumną Brytanię?

Dziewięć godzin – tyle w minionym tygodniu czekały średnio karetki przed szpitalami w Londynie, zanim mogły przekazać lekarzom pacjentów. A i tak ci, co znajdowali się w środku, mogli uważać się za szczęściarzy, bo w znacznie większej opresji byli chorzy, po których ambulans w ogóle nie przyjechał. Trzecia fala pandemii sparaliżowała brytyjską służbę zdrowia (NHS) po części z powodu pojawienia się nowej, bardziej zaraźliwej mutacji wirusa, a po części dlatego, że zmęczeni trwającą od roku walką z Covidem Brytyjczycy z coraz większym lekceważeniem podchodzą do reguł lockdownu. Skutek: od początku stycznia 2021 r. liczba Wyspiarzy, którzy złapali wirusa, poszybowała do 60 tys. dziennie, a królestwo wedle oficjalnych, z pewnością niedoszacowanych, liczb zbliża się do wyniku 100 tys. śmiertelnych ofiar przybyłej z Wuhanu pandemii.




Udany test

Ale to nie jest pełen obraz starcia Wielkiej Brytanii z pandemią. 11 stycznia sekretarz ds. zdrowia Matt Hancock ogłosił, że tempo szczepień na Covid-19 przyspiesza do dwóch milionów tygodniowo, w połowie lutego obejmą one wszystkich, którzy mają powyżej 70. roku życia lub cierpią na przewlekłe choroby (łącznie 14 mln osób). Szczepieniami mają też na tym etapie zostać objęci nauczyciele. Wówczas, uważa główny lekarz kraju Chris Whitty, NHS nie tylko przezwycięży „największy kryzys za ludzkiej pamięci", ale możliwe też będzie stopniowe otwarcie szkół i uniwersytetów, znoszenie ograniczeń dla handlu i gastronomii.

Kraje Unii Europejskiej mogą tylko marzyć o takiej perspektywie. Na kontynencie program szczepień rozwija się znacznie wolniej po części z powodu błędów, jakie popełniła Komisja Europejska. Brytyjczycy nie tylko zawarli umowy z producentami znacznie wcześniej (lipiec) niż UE (listopad) i wydali trzy tygodnie przed Brukselą zgodę na użycie pierwszych preparatów, ale też zapewnili sobie u najbardziej zaawansowanych (Pfizer, AstraZeneca i Moderna) producentów ich wystarczającą ilość (350 mln).

Coraz więcej wskazuje więc na to, że skuteczność w opanowywaniu pandemii i co za tym idzie – stworzenie warunków dla odbicia gospodarki, może okazać się pierwszym testem tego, jak Wielka Brytania daje sobie radę poza Unią Europejską. I to testem udanym.

Potrzeba będzie jednak znacznie więcej takich prób i znacznie więcej czasu, aby rozstrzygnąć, czy brexit miał dla Zjednoczonego Królestwa sens i czy Bruksela musi się obawiać, że śladem Brytyjczyków pójdą kolejne kraje członkowskie Unii.

Na razie Londyn dopiero odkrywa, na co się zdecydował. Choć kraj jest już poza UE od blisko roku (31 stycznia 2020 r.), to do minionego sylwestra wciąż stosował unijne regulacje. W dzień Wigilii Bożego Narodzenia udało się zawrzeć ze Wspólnotą umowę o przyszłej współpracy, której treść stanowi 1246 stron gęstego tekstu prawnego. Umowę opublikowano 27 grudnia, więc środowiska biznesowe nie miały jeszcze czasu, by ocenić, jak będą działać w nowych warunkach, a tym bardziej nie zdążyły się do nich w pełni przygotować.

Przeprowadzka do Polski

Na razie najwyższą cenę płaci sektor bankowy. To kluczowa dla Wielkiej Brytanii branża, która dostarcza 7 proc. dochodu narodowego, czyli blisko 150 mld funtów rocznie. Nie została ona jednak w ogóle uwzględniona w porozumieniu z Brukselą, które koncentrowało się na handlu towarowym. Dlatego już przed Nowym Rokiem dużo wielkich instytucji finansowych przeniosło część działalności do państw Unii. Jedną z nich jest Bank of America, który ma obecnie, liczący tysiąc pracowników, oddział w Dublinie oraz rozbudowaną komórkę zajmującą się transakcjami giełdowymi w Paryżu. W pierwszych dwóch tygodniach stycznia do stolicy Francji, ale także Amsterdamu czy Frankfurtu przeniosły się z Londynu notowania wielu europejskich spółek. Giełda w londyńskim City straciła ok. 6 mld funtów dziennych obrotów. Nie doszło jednak do zapowiadanej przez wielu hekatomby – zamiast ćwierć miliona miejsc pracy londyńskie centrum finansowe straciło mniej niż 10 tys. Jego władze podjęły też rozmowy o wzajemnym uznaniu szwajcarskich regulacji finansowych, co może przyciągnąć nad Tamizę ok. 1 mld funtów dziennych transakcji.

Mniej optymistycznie wygląda sytuacja producentów i eksporterów towarów, w szczególności tych małych. Porozumienie z Brukselą eliminuje co prawda cła i kwoty, ale po wyjściu ze wspólnotowej unii celnej i jednolitego rynku Wielka Brytania ma własne normy towarów i musi za każdym razem udowadniać, że wystarczająca część danego produktu została wytworzona na Wyspach (reguły pochodzenia), aby miał on wolny wjazd do UE. To oznacza konieczność wypełniania 215 mln deklaracji celnych rocznie i 7 mld funtów dodatkowych kosztów administracyjnych. Aż 150 tys. brytyjskich firm nigdy czegoś takiego nie robiło. „Financial Times" podaje przykład dystrybutora produktów chemicznych Aston Chemicals czy zajmującej się obrotem sprzętem medycznym Premium UK, które aby uniknąć takich trudności, od razu przeniosły swoje centra na Europę do Polski. Z kolei producenci z Irlandii, którzy do tej pory eksportowali swoje produkty do Unii przez Wielką Brytanię, postanowili szukać bezpośredniej drogi na kontynent. Stena Lines, wśród innych armatorów, zwielokrotniła kursy z irlandzkich portów (m.in. Rosslare) do Francji (np. Dunkierki): to co prawda dłuższy rejs, ale taki, który oszczędza kłopotów z odprawą.

W pierwszych dniach 2021 roku nie pojawiły się znaczące kolejki tirów w Dover, ale to jeszcze niewiele znaczy: przed wejściem w życie nowych regulacji firmy zrobiły zapasy i na razie nie zamawiają nowych kursów. Sytuacja na granicy może się jednak wkrótce pogorszyć. To byłaby tragedia dla takich koncernów jak Nissan, które do tej pory na bieżąco sprowadzały części z kontynentu, aby gotowe auta eksportować do Unii. Teraz ten system może nie działać: organizacje branżowe przewidują, że w I kwartale 2021 roku sprzedaż aut z królestwa do Wspólnoty spadnie o jedną trzecią (nie pozostaje to też bez związku z pandemią).

W szczególnie trudnej sytuacji są te branże brytyjskiej gospodarki, które oferują odbiorcom na kontynencie świeże produkty i nie mogą tracić czasu na granicy. Nowy układ, przynajmniej na razie, okazał się katastrofą dla hodowców łososia ze Szkocji. Dopóki byli w stanie w ciągu doby dostarczyć rybę na stoły we Francji, byli konkurencyjni wobec Norwegów. Teraz ich przyszłość jawi się w ciemnych barwach.

Kolorowe królestwo

Spośród czterech wolności, na jakich opiera się jednolity rynek UE, najbrutalniej została przekreślona ta ostatnia, zapewniająca swobodę przemieszczania się pracowników. To za sprawą obecnego premiera Borisa Johnsona – jeszcze w kampanii przed referendum z czerwca 2016 r. tłumaczył, że królestwo musi „odzyskać kontrolę nad swoimi granicami" i powstrzymać „zalew" imigrantów z Unii Europejskiej. To tym zjawiskom Johnson przypisywał trudności Brytyjczyków z uzyskaniem odpowiedniej jakości usług zdrowotnych czy edukacji, choć prawdziwym powodem były drakońskie oszczędności narzucone w czasie kryzysu finansowego przez Davida Camerona. W konsekwencji od nowego roku obywatele Unii nie tylko nie mają już na Wyspach równych praw z Brytyjczykami, ale zaczął też dla nich obowiązywać wzorowany na Australii punktowy system migracyjny. Zakłada on, że bez dobrej znajomości angielskiego, relatywnie młodego wieku, a przede wszystkim kontraktu na blisko 25 tys. funtów rocznie nie można otrzymać prawa pobytu.

Taki system dla przyjezdnych spoza zjednoczonej Europy, choć obowiązuje od 2008 r., nie zdołał przywrócić kontroli nad potokami migrantów. Przeciwnie, w 2019 roku, ostatnim zanim pandemia wywróciła międzynarodowe przepływy ludności, w Wielkiej Brytanii osiedliło się o 320 tys. osób więcej, niż z niej wyjechało. Jednak udział obywateli UE w tej liczbie wynosił zaledwie 50 tys.: reszta to przyjezdni spoza naszego kontynentu. Trudno więc uwierzyć, aby taka zmiana skali i struktury migracji przyczyniła się do poprawy spójności brytyjskiego społeczeństwa, jak to obiecywał Johnson. Nowy system jest też ogromnym wyzwaniem dla takich gałęzi gospodarki jak służba zdrowia, opieka nad osobami starszymi, hotelarstwo i gastronomia, które opierały się na emigrantach z Europy Środkowej – niegdyś z Polski, a w ostatnich latach z Rumunii i Bułgarii.

Pełne niepokoju są też brytyjskie uniwersytety i ich potencjalni studenci ze zjednoczonej Europy. Od nowego roku akademickiego zostaną zrównani w prawach z kolegami spoza Unii, co oznacza, że czesne poszybuje tak wysoko, iż pozostanie w zasięgu tylko najbogatszych. Czy w takim układzie Oksford czy Cambridge nadal będą mogły skutecznie rywalizować z amerykańskim Harvardem i Princeton? A może ich model biznesowy się załamie, a w Holandii czy Danii wyrosną tańsi konkurenci? Tego na tym etapie nie wiadomo.

Singapur u brzegów Europy

Ostateczny rozwód z Unią zbiegł się w czasie z pandemią i największą recesją w Wielkiej Brytanii od drugiej wojny światowej: gospodarka skurczyła się o 11 proc. Dla Borisa Johnsona w tym dramacie jest i korzyść, bo bardzo trudno oddzielić negatywne skutki brexitu od tych spowodowanych wirusem. Andrew Bailey, prezes Banku Anglii, ostrzega co prawda, że opuszczenie przez Zjednoczone Królestwo jednolitego rynku będzie miało w dłuższej perspektywie poważniejsze skutki dla biznesu od Covidu, ale jego wyliczenia (3,5 pkt proc. dochodu narodowego straconego wzrostu w ciągu kilku lat) na razie brzmią dość abstrakcyjne. Wiele zależy od tego, co Londyn zrobi z „odzyskaną wolnością". Czy zdoła zawrzeć korzystne umowy o wolnym handlu w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi i potentatami z Azji? Czy przyciągnie poważne inwestycje, stając się czymś na kształt Singapuru u wybrzeży Europy z niższymi podatkami i bardziej liberalnymi regulacjami dla biznesu? Czy skuteczniej od państw kontynentu wykorzysta potencjał rewolucji technologicznej związanej z nowymi źródłami energii i transformacją ekologiczną?

Na razie jedną z nielicznych miar, które pozwalają przewidywać przyszłość, są ceny nieruchomości, które ze swej natury są inwestycjami długoterminowymi. Tradycyjnie najlepsze dzielnice Londynu jak Belgravia czy Mayfair nie miały sobie równych w Europie, gdy idzie o stawki za metr kwadratowy. Jednak w ostatnim roku wzrost był tu umiarkowany i wynosił 5 proc., podczas gdy w Paryżu sięgał 25 proc. Nie da się więc wykluczyć, że i w tym rankingu brytyjska stolica zostanie zdetronizowana.

Ale nawet gdyby tak się stało, Wielka Brytania ma wiele innych atutów, które pozwalają jej z optymizmem spoglądać w przyszłość. Firma analityczna McKinsey wskazuje na gałęzie biznesu, w których królestwo przejęło ponad 10 proc. światowego rynku i które mogą po brexicie stać się motorem ekspansji kraju. Chodzi o finanse, rozrywkę i sztukę, szkolnictwo wyższe, wydawnictwa, media, pośrednictwo i konsulting: obszary, gdzie światowy język, jakim jest angielski, stanowi kluczowy atut.

Początek rozwodu

Wielka Brytania przystąpiła do pierwowzoru UE, czyli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, w 1973 r. przede wszystkim po to, aby przełamać marazm gospodarczy, zasypać przepaść, jaka powstała między jej poziomem rozwoju a przeżywającymi powojenny cud gospodarczy Niemcami, Włochami, Francją i krajami Beneluksu. Wówczas integracja europejska kojarzyła się z liberalizacją brytyjskiej gospodarki ograniczonej gorsetem sztywnych, socjalnych regulacji. Właśnie dlatego, w przeciwieństwie do obecnej sytuacji, to Partia Pracy była przeciwna przystąpieniu do zjednoczonej Europy.

Jednak przez kolejne 47 lat wiele się zmieniło. Wielka Brytania nie tylko przegoniła pod względem poziomu rozwoju Francję, a taki kraj jak Włochy przez 20 lat przynależności do strefy euro w ogóle nie urósł. A Unia stała się symbolem biurokratycznego molocha, który trzyma się ortodoksyjnych reguł polityki monetarnej, nie potrafi szybko zareagować na kryzys i obejmuje coraz to nowe obszary regulacjami.

Istnieje wiele opinii co do momentu, w którym zaczął się psuć związek Brytyjczyków z Europą i zaczęła kiełkować myśl o rozwodzie. Jedni uważają, że nastąpiło to już w 1984 r., gdy na szczycie w Fontainebleau Margaret Thatcher wymusiła ograniczenie brytyjskiej składki do budżetu Wspólnoty, inicjując coraz dłuższą serię wyjątków w zasadach członkostwa królestwa w Unii. Inni sądzą, że falę goryczy przelała decyzja Tony'ego Blaira o rezygnacji z okresu przejściowego i otwarciu rynku pracy dla obywateli krajów Europy Środkowej, które przystąpiły do Wspólnoty w 2004 r. To wtedy Brytyjczycy mieli ostatecznie przekonać się, że „stracili kontrolę nad własnym krajem". Jeszcze inni wskazują na specyfikę geograficzną i historyczną kraju, który nigdy nie został pokonany przez III Rzeszę i nie miał przez to tak silnej motywacji, jak choćby państwa kontynentu, aby poddać się władzy Brukseli dla zapobieżenia kolejnej potencjalnej wojnie.

Być może najbardziej przekonującym powodem rozwodu okazała się jednak zmiana charakteru Unii w pierwszej połowie lat 90. XX wieku. Wcześniej, poprzez jednolity akt europejski z 1986 r., Margaret Thatcher zdołała pchnąć Wspólnotę na tory gospodarczego liberalizmu. Premier zgodziła się co prawda na przekazanie przy tej okazji Brukseli bezprecedensowych kompetencji, ale jako cenę za wprowadzenie swobody przemieszczania się towarów, usług, kapitału i osób. Rozpoczęło to jeden z okresów najszybszej ekspansji brytyjskiej gospodarki w historii.

Jednak zanim jednolity akt europejski wszedł w życie (w 1993 r.), świat stanął na głowie. Rozpad Związku Radzieckiego i perspektywa zjednoczenia Niemiec przeraziły prezydenta François Mitterranda i skłoniły go do poświęcenia francuskiej suwerenności, byle spętać wschodniego sąsiada tak silnymi więzami integracji, że nie będzie mógł znowu samodzielnie stać się hegemonem. Tak powstało euro i zaczęła się intensywna współpraca krajowych wymiarów sprawiedliwości, a w dalszej perspektywie unia bankowa. Zjednoczone Królestwo w podobnej Europie odnaleźć się już nie mogło. Londyn, który od wieków napuszczał jedne kraje kontynentu na drugie, przegrał epokową bitwę.

Rozpad królestwa?

Przegrywając bitwę, Brytyjczycy nie przegrali jednak wojny. Odwieczna rywalizacja między Zjednoczonym Królestwem a Francją, której Unia jest dzieckiem, wraz z brexitem wchodzi w nowy etap nie tylko na polu gospodarczym, ale także politycznym.

Tyle że tym razem role się odwróciły. Negocjacje umowy rozwodowej pokazały, że Wspólnota potrafi zbudować jednolity front wobec Londynu, a próby Brytyjczyków uczynienia z Polski konia trojańskiego rokowań spełzły na niczym.

Szczególnie ważne było poparcie Unii dla postulatu Irlandii, by utrzymać swobodę przekraczania granicy z Irlandią Północną. Oficjalnie chodziło o zachowanie zapisów porozumienia wielkopiątkowego z 1998 r., które położyło kres dziesiątkom lat starć katolików z protestantami w Ulsterze. Wielu uważa jednak, że agenda Dublina sięgała dużo dalej: zjednoczenia Zielonej Wyspy.

I w tym też kierunku poszły rozstrzygnięcia. „Protokół irlandzki" umowy rozwodowej zakłada bowiem, że w przeciwieństwie do pozostałych części Zjednoczonego Królestwa Irlandia Północna pozostanie zarówno w unii celnej, jak i w jednolitym rynku z 27 krajami. Przez środek Morza Irlandzkiego przeprowadzono granicę celną: towary przychodzące do Belfastu z Anglii, Walii czy Szkocji są poddawane w portach Irlandii Północnej odprawom celnym i kontrolom jakości. Arlene Foster, przewodnicząca Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP), nie mając specjalnego wyboru, poparła porozumienie z Brukselą. Jest jednak jasne, że Boris Johnson złamał dane protestantom słowo i położył na ołtarzu brexitu spójność królestwa. W tym sensie premier okazał się znacznie bardziej angielskim nacjonalistą niż brytyjskim patriotą.

Porozumienie przychodzi bowiem w bardzo złym dla unionistów momencie. W marcu 2021 r. prowincję czeka organizowany raz na dekadę spis powszechny. Ostatni dawał już tylko niewielką przewagę wiernym koronie: przywiązanie do protestantyzmu deklarowało w nim 48 proc. ankietowanych, 45 proc. przyznawało się do katolicyzmu. Jednak w szkołach Ulsteru dzieci z katolickich rodzin stanowią już 50,6 proc. wszystkich uczniów, podczas gdy z rodzin protestanckich ledwie 32,3 proc.

Przepaść między Irlandią Północną a resztą Wielkiej Brytanii wykopały nie tylko zapisy umowy rozwodowej i zmiany w strukturze demograficznej prowincji, ale także sam stosunek do Unii. W referendum w 2016 r. Ulster głosował za pozostaniem we Wspólnocie: bez niej bowiem grozi mu los zapomnianego zakątka na końcu Zjednoczonego Królestwa. Za utrzymaniem członkostwa w Unii opowiedziało się więc 55,8 proc. głosujących, a 44,2 proc. chciało się od niej odciąć.

Zgodnie z porozumieniem wielkopiątkowym, jeśli przez dłuższy okres czasu zarówno w Republice Irlandii, jak i w Irlandii Północnej sondaże pokazują wyraźną większość za zjednoczeniem, Londyn i Dublin są zobowiązane do zorganizowania w tej sprawie wiążącego referendum. Równo w setną rocznicę uznania przez Wielką Brytanię niepodległości Irlandii perspektywa zjednoczenia Wyspy nigdy nie wydawała się bliższa. Michael Martin, szef irlandzkiego rządu, uważa, że głosowanie w tej sprawie byłoby możliwe już za pięć lat. Z kolei Mary Lou McDonald's, przewodnicząca największego irlandzkiego ugrupowania nacjonalistycznego Sinn Fein, które ma oddziały po obu stronach granicy, przewiduje, że w 2030 r. obie części Irlandii będą tworzyły jedno państwo. Na razie głównym celem jej ugrupowania jest zdobycie pozycji największej partii w Belfaście w najbliższych wyborach do lokalnego parlamentu Ulsteru – Stormontu, które muszą się odbyć najpóźniej w maju 2022 r.

Szkoci chcą nowego referendum

Na rozwój wydarzeń w Belfaście duży wpływ będzie miało to, co stanie się w Edynburgu. Tu także brexit okazał się katalizatorem dążeń odśrodkowych. W referendum z 2014 r zdecydowana większość Szkotów (55 do 45 proc.) odrzuciła perspektywę zerwania 214-letniej unii z Anglią. To było jednak przed unijnym referendum, w którym Szkocja, tak jak Irlandia Północna, została przegłosowana przez Anglików, tylko w jeszcze większym stopniu – za wyjściem z Unii było bowiem 38 proc. mieszkańców prowincji, a 62 proc. wypowiedziało się przeciw. To radykalnie zmieniło nastroje wśród Szkotów. Teraz blisko 60 proc. wolałoby wyjść ze Zjednoczonego Królestwa, byle znów znaleźć swoje miejsc w zjednoczonej Europie. To zresztą nie byłoby proste, bo takie kraje jak Hiszpania stawiłyby temu opór, aby zniechęcić Katalończyków do pójścia tą samą drogą.

Szkocki nacjonalizm napędza jednak kilka dodatkowych czynników, które Irlandii Północnej są obce. Jednym z nich są tradycje i wciąż działające instytucje istniejącego przez setki lat państwa, w tym odrębny system prawny czy szkolnictwo. Innym czynnikiem jest wielka reforma decentralizacyjna przeprowadzona przez Tony'ego Blaira, która zamiast dać satysfakcję secesjonistom, jeszcze bardziej zaostrzyła ich apetyt. Choć drogi polityczne Szkocji i Anglii już od lat się rozchodziły, szczególnie po tym jak Margaret Thatcher obrała radykalnie liberalny kurs, podczas gdy Edynburg postawił na lewicowe tradycje państwa socjalnego.

Ten kontrast jest dzisiaj szczególnie widoczny, gdy w Londynie rządzi Boris Johnson, a w Edynburgu Nicola Sturgeon. W wyborach do regionalnego parlamentu jej Szkocka Partia Narodowa (SNP) niemal na pewno zdobędzie przytłaczającą większość. Wówczas to pierwsza minister chce postawić na agendzie rokowań z szefem brytyjskiego rządu kwestię organizacji ponownego referendum - tym razem niepodległościowego. Johnson stanowczo odmawia, przypomina, że głosowanie zorganizowane przez jego poprzednika Davida Camerona miało być wydarzeniem odbywającym się „raz na pokolenie". Jednak taka strategia pomija fakt, że po brexicie Szkocja znalazła się w zupełnie innej sytuacji i może okazać się zwyczajnie przeciwskuteczna, bo na wielu przywiązanych do korony Szkotów lider torysów działa jak płachta na byka i skłania do zasilenia szeregów secesjonistów.

W samej SNP podnoszą się głosy, aby nie czekając na ewentualną zgodę Johnsona, pójść katalońską drogą i samemu rozpisać referendum, ewentualnie jednostronnie ogłosić niepodległość. Przykład Katalonii, gdzie trzy lata od takiej inicjatywy poparcie dla budowy niezależnego państwa załamało się, a świat odwrócił się od secesjonistów, nie jest jednak zachęcający. Bardziej realistyczna wydaje się próba wejścia SNP w koalicję z Partią Pracy po najbliższych wyborach do parlamentu w Westminster w zamian za zgodę na przeprowadzenie nowego referendum.

Francuskie wybory

Jak widać, w pierwszych latach po rozwodzie z Unią Wielka Brytania będzie żeglowała między niebezpiecznymi rafami. Może z tego rejsu wyjść bardzo okrojona terytorialnie, wręcz ograniczona do Anglii i Walii, stając się cieniem kraju, którym jeszcze niedawno była, z londyńską City w kryzysie, uniwersytetami w defensywie i producentami aut szykującymi się do przeprowadzki na kontynent.

Ale jest też całkiem inna możliwość. Jeśli okaże się, że Wielka Brytania wykorzysta swoje liczne atuty (m.in. światowy język, przedsiębiorczość swoich obywateli, osiągnięcia nauki i przemysłu rozrywkowego), to może dalej prosperować, a nawet rozwijać się szybciej niż dotychczas. Wówczas dynamika rywalizacji przez kanał La Manche odwróci się i Zjednoczone Królestwo okaże się groźnym wzorem dla sił odśrodkowych w UE.

Pierwsze miesiące bez Brytyjczyków w Brukseli przy negocjacyjnym stole nie są zresztą zbyt budujące. Brakuje tu równowagi sił. Mimo oporu Włoch, Polski czy Belgii Niemcy i Francuzi przeforsowali umowę gospodarczą z Chinami, odmawiając budowy wspólnego frontu wobec Pekinu z administracją Joe Bidena. Podobnie stało się z Nord Stream 2, którego budowa, mimo oporu naszego kraju, została wznowiona. Rok po wybuchu pandemii nikt jeszcze nie widział ani jednego euro z unijnego Funduszu Odbudowy, choć podobne subwencje dawno zostały już wypłacone w Ameryce. Chwieją się rządy Włoch i Hiszpanii, niepewny jest wynik nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji – zagrożeń przyszłości Unii jest wiele i nie jest trudno wyobrazić sobie wypadek, który pogrąży Wspólnotę w kryzysie.

Nawet tak fatalny rozwój wydarzeń nie wystarczyłby jednak, aby w rywalizacji z Francuzami Brytyjczycy wyszli zwycięsko. Musieliby przede wszystkim zaproponować alternatywną do unijnej architekturę współpracy dla całej zachodniej Europy. Na razie jednak myślą głównie o sobie. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA