fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Pandemia głupich wpisów, liczą się tylko zasięgi

„5G przenosi koronawirusa”. Albo: „wywołuje go w naszym ciele”. Celebryci potrafią kolportować najgłupsze przekonania. Reklama sieci 5G, Londyn, kwiecień 2020
Reuters/ Forum, John Sibley
Im większy kryzys, tym większy wpływ na nasze postrzeganie mają ludzie z zasięgami, ale bez odpowiedzialności i wiedzy. Zarazem im większa niepewność, tym bardziej w cenie są naukowe autorytety. Doceniamy je, poszukujemy ich. Szkoda tylko, że one tak rzadko chcą się uczyć, jak nie oddawać pola w tej konkurencji.

Kilka tygodni temu jeden z moich materiałów wideo poświęciłem bzdurom, jakie w mediach (głównie społecznościowych) pojawiają się na temat koronawirusa. Prym wiodły wtedy gwiazdy, które twierdziły, że wirusa zabija picie ciepłej wody (to mniej szkodliwa wersja) albo... rozcieńczonego wybielacza do prania. W wideo wspomniałem w konwencji „a czego to ludzie nie wymyślą", że są i tacy, którzy uważają, że koronawirus przenosi się przez sieć 5G. W zeszłym tygodniu w dwóch telewizjach i w trzech dużych portalach musiałem tłumaczyć już zupełnie na poważnie, że sieć 5G nie ma nic wspólnego z wirusem.

Zasięgi, głupcze!

System jest prosty. Znani z tego, że są znani, zarabiają krocie dzięki temu, że mają zasięgi. Setki tysięcy, a często miliony ludzi regularnie śledzą ich konta na Instagramie, Facebooku (coraz rzadziej) czy TikToku (coraz częściej). To daje nieograniczone w zasadzie możliwości zarabiania pieniędzy. Dużych pieniędzy. Na popularnym profilu instagramowym można zarobić kilkadziesiąt tysięcy złotych za jedno zdjęcie z lokowanym produktem lub usługą i odpowiednio przygotowanym opisem.

Pomijając dyskusję o wysokości tych zarobków, to, że ktoś zarabia na zasięgach, jest dość oczywiste. Koszty reklamy w telewizji czy gazecie też zależą od oglądalności czy nakładu. Telewizje, magazyny czy stacje radiowe, chcąc więcej zarabiać, robią, co się da, by zwiększać grupę swoich odbiorców. Dokładnie to samo robią celebryci. Tyle tylko, że mechanizm, dzięki któremu budują zasięgi, jest inny. Media tzw. tradycyjne mogą iść w skandal bądź w poważną publicystykę. Mogą serwować rozrywkę (na różnym poziomie) bądź opierać swoją pozycję np. na dobrych filmach. Pomiędzy potencjalnym odbiorcą a nadawcą nie ma jednak ogniw pośrednich. Telewizor nie proponuje programu, nawet jeżeli pilotem można przełączać kolejne kanały przez kilka godzin. Gazeta nie podaje, co warto przeczytać, nawet jeżeli ma 100 stron i wiadomo, że wszystkiego nie uda się prześledzić. W internecie jest inaczej, bo pomiędzy twórcą a odbiorcą są algorytmy. To one wiedzą, co nas interesuje, zanim zdążymy o tym pomyśleć. To one filtrują i podpowiadają. Ich kryterium są emocje.

Można się na to oburzać, ale zanim zaczniemy to robić, może warto sobie uświadomić, że podobnie działa nasz mózg. Nie zapamiętuje, nie podpowiada nam, gdy szukamy w pamięci tych rzeczy, które są najważniejsze, ale zapamiętuje te, z którymi wiązały się najsilniejsze emocje. Dlatego możemy pamiętać zapach i smak pierwszego pocałunku we wczesnej podstawówce, ale niekoniecznie ważny numer telefonu. Algorytmy uwielbiają emocje. Nieważne jakie. Wiedzą, co nas emocjonuje, bo mierzą ilość interakcji i poziom naszego zaangażowania. Lajki i dislajki, szery i komentarze. No i oczywiście to, w co klikamy, co czytamy i ile czasu na to poświęcamy. W świecie internetu najprostszym sposobem na zwiększanie zasięgów jest wywoływanie emocji. A żniwa przychodzą wtedy, gdy ludzie się boją.

Fala, ruch i pożar

W konkurencji z celebrytami, influencerami, czyli tymi, którzy mają wpływ na szerokie rzesze odbiorców, media tzw. tradycyjne przegrywają. A na pewno są na straconej pozycji w pierwszym starciu. Zresztą drugiego starcia często już nie ma, bo tematy szybko anihilują jak antymateria w zetknięciu z materią. Zanim ukaże się artykuł, zanim ktoś zmontuje program czy nagra eksperta do audycji radiowej, na setkach popularnych profili już zdąży się pojawić alternatywna wersja rzeczywistości. Nie sposób sprawdzić, jak często jest ona cyniczną grą, świadomym zabiegiem, by wywoływać emocje, kontrowersje i zaangażowanie, a jak często wynika ona po prostu z niewiedzy i zwykłego braku pokory.

Zasięgi nie idą w parze z odpowiedzialnością. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że często wysokie zasięgi wynikają z jej braku, albo jeszcze inaczej: łatwiej stworzyć duże zasięgi, gdy ma się obniżony próg odpowiedzialności, niezachwianą pewność co do swoich kompetencji i swobodny stosunek do faktów. Sprawdzanie, weryfikowanie czy konsultowanie niestety zajmuje czas, a każde opóźnienie zwiększa ryzyko, że fala trendu minie (o tym, czy nadciąga, czy przemija mówią takie narzędzia jak Google Trends, które śledzi treść, liczbę i pochodzenie zapytań w wyszukiwarce Google'a). Na to nie można sobie pozwolić.

I tak człowiek, który jest zapomnianą gwiazdą jednej piosenki, kilka dni temu wrzuca grafikę antyszczepionkową. To dobry czas. Bo o szczepionkach dużo się w internecie mówi, odpowiednie narzędzia widzą to zainteresowanie, algorytmy podbijają temat, bo dobrze się klika (co tu jest skutkiem, a co przyczyną – trudno powiedzieć). Grafikę ze zdjęciem twarzy piosenkarza publikują portale i ci, którzy są zachwyceni, oraz ci, którzy są oburzeni. Nie ma znaczenia – jest fala, jest ruch, są zasięgi.

Takie przykłady można mnożyć tysiącami. Gdy wiele miesięcy temu paliły się lasy Amazonii, najwięksi celebryci naszych czasów prześcigali się we współczuciu. Jedni płakali, wrzucając zdjęcia sprzed kilkunastu lat czy z zdjęcia z innych stron świata. Inni publikowali nieprawdziwe informacje, które z łatwością mógł zweryfikować ktoś, kto skończył kurs biologii na poziomie podstawówki. Była fala, był ruch, były zasięgi. Grzechem byłoby tego nie wykorzystać.

Przy czym nie chodzi (nie wszystkim chodzi) wprost o pieniądze. Madonna nie musi zarabiać na lokowaniu kremów czy zegarków. Podobnie Leonardo DiCaprio. Oni budują swoją pozycję – w tym przypadku – obrońców środowiska. I super. Dobrze jednak, gdyby choć trochę trzymali się faktów. Bo to one pomagają rozwiązywać zwykle bardzo skomplikowane i złożone problemy, takie jak np. deforestacja lasów deszczowych.

Z rzeźnikiem o wege

Jakiś czas temu na spokojnych zwykle wodach elektromagnetyzmu pojawiła się najpierw niewielka zmarszczka, a z czasem coraz wyższa fala 5G. Sieć 5G ma nas zniewolić, powodować raka, kontrolować nasze mózgi (niepotrzebne skreślić). A wszystko to wiemy z internetu, który śmiga na naszych komórkach szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, rzecz jasna dzięki komórkowemu transferowi danych.

Tak, jest całkiem sporo ludzi, którzy uważają, że wirus przenosi się przez sieć, której jeszcze przecież nie ma. Inni – też całkiem spora grupa – twierdzą, że co prawda sieć wirusa nie przenosi, ale wywołuje go w naszym ciele. Promieniowanie elektromagnetyczne ma wpadać w rezonans z genami, a te same mają produkować wirusa. Są w końcu i tacy, którzy przekonani są, że żadnego wirusa nie ma, a rządzący wymyślili go, by „uwięzić" nas w domach. Po co? By oni potajemnie mogli stawiać maszty telefonii nowej generacji. Jeśli ktoś uwierzy w którąkolwiek z tych rewelacji, niszczenie masztów telefonicznych wydawać się mu będzie racjonalną decyzją. Odważną, ale racjonalną.

Gdy pojawiła się epidemia, dwie fale się połączyły. Efekt tej synergii obserwuję, przecierając oczy ze zdumienia. Celebryci czują falę i na niej płyną. – Bangladesz i Indie, może tam dlatego nie ma zachorowań, że 5G nie ma. Otóż wyszukałem, że przebywanie w pobliżu 5G daje bardzo podobne objawy do korony, bo się gotuje w nas woda – mówił całkiem serio w radiu podróżnik, który boso przemierza świat. – Ja jestem naukowiec czasami. I antropolog jestem – dodawał z rozbrajającą szczerością, a prowadzący nie widział powodów, żeby mu przerwać.

Nie, 5G nie gotuje wody, ma tak małą moc, że nie jest w stanie tego zrobić. Ponadto częstotliwość rezonansowa cząsteczki wody to 2,45 GHz (tę częstotliwość wykorzystują kuchenki mikrofalowe), ale sieć 5G nie będzie tej częstotliwości wykorzystywać. Zresztą w Polsce nie ma sieci 5G, a zakażonych jest sporo ludzi – z modeli wynika, że faktyczna ich liczba wynosi u nas kilkadziesiąt tysięcy.

Wpływ celebrytów, influencerów na to, jak postrzegamy, świat jest ogromny. Oxford Reuters Institute przeprowadził badania, z których wynika, że garstka celebrytów jest odpowiedzialna za dystrybucję ok. 20 proc. fejków dotyczących koronawirusa w sieci. Ale – i to jest przerażające – ich wpisy „zrobiły" prawie 70 proc. zaangażowania w mediach społecznościowych. Większość dezinformacji pochodziła od zwykłych ludzi, ale prawie zawsze te fejki przechodziły bez echa. Wpisy celebrytów, influencerów udostępniano, komentowano i lajkowano. Jedni byli oburzeni, inni zachwyceni, a dzięki temu garstka jest w stanie ulokować swoje niemające nic wspólnego z rzeczywistością wynurzenia przed oczami milionów. Tylko dlatego, że algorytmy mediów elektronicznych wybijają na szczyty to, co wywołuje emocje. Te najprościej osiągnąć bzdurą, kłamstwem i kontrowersją, a konsekwencje mogą być przerażające.

Skala zniszczeń infrastruktury komórkowej na Wyspach Brytyjskich zmusiła rząd Jej Królewskiej Mości do zorganizowania spotkania z przedstawicielami mediów społecznościowych. Kłopot w tym, że to jak rozmowa z właścicielem rzeźni o diecie wegetariańskiej. Może i zrozumie argumenty jarosza, ale jego biznes polega na dostarczaniu ludziom mięsa. Z tego żyje. Tak jak właściciele platform społecznościowych żyją ze sprzedawania ruchu. I koło się zamyka.

Logo w pierwszym planie

Palenie masztów komórkowych to niejedyne konsekwencje nieodpowiedzialnych wpisów i wypowiedzi. Tzw. alternatywna medycyna to ocean, w którym influencerzy czują się jak ryby. Z ogromną szkodą dla ludzi potrzebujących pomocy. Bo raka nie leczy się megadawkami witaminy C. Jak zaczynasz czuć ucisk w klatce piersiowej, to nie szukaj widelca, żeby kłuć się pod nosem (radził to pewien inżynier, guru medycyny), tylko dzwoń po pogotowie. A kamienie z podróży nie leczą depresji (to mądrości pewnej podróżniczki).

Okazją do wręcz masowej produkcji fejków stał się koronawirus. Miks lęku, niepewności, często odosobnienia i czasu jest dla niego idealną pożywką. Na Instagramie bez trudu można znaleźć wysokozasięgowe wpisy tłumaczące, że olejek eteryczny (konkretnej firmy) zabija wirusa, bo tworzy w nosie ochronną warstwę.

Trzy polskie celebrytki (zasięgi idące w miliony) w przerwach pomiędzy hasztagowaniem #ZostańWDomu wybrały się na kawę. – Akurat w... – tu padła nazwa znanej sieci – to nie ma opcji zarażenia się – mówiły w nagranym wideo. Kubek z logo firmy, która za ten nieodpowiedzialny cyrk płaciła, był oczywiście na pierwszym planie. Ilu młodych ludzi posłucha rodziców, nauczycieli czy lekarzy, którzy proszą o rozwagę i unikanie kontaktu, a ilu swoich idoli, którzy spotykają się na kawie?

Bezkrytyczne przyjmowanie informacji jest jednym wielkim oskarżeniem naszego systemu edukacji i wychowania. Nie pokazujemy młodym ludziom, jak ogromną wartość mają fakty. Nie uczymy odpowiedzialności za słowa. Co prawda mówimy „słowa mogą zabić", ale potem lajkujemy czy szerujemy niesprawdzone informacje... które mogą zabić. Podsycanie atmosfery niepewności i braku zaufania, także do instytucji państwa – w skrócie generowanie chaosu we wszystkim – jest na rękę chociażby Rosji. W ramach unijnego projektu „EU vs Disinfo" wykryto, że wiele fejków dotyczących wirusa narodziło się właśnie tam. W ciągu tygodnia wykrywa się kilkadziesiąt takich wiadomości – na różnych platformach. Są przekazywane z konta na konto, a gdy udostępni je celebryta, dostają wiatru w żagle.

Nie, nie twierdzę, że celebryci i influencerzy to agenci wpływu. Ale niektórzy z nich to pożyteczni... (idioci – red.). Chcą być na fali, chcą budować zasięgi, chcą widzieć siebie jako specjalistów od chorób czy ochrony środowiska, bo to im gwarantuje ekspozycję w mediach. Już tych tradycyjnych. Są tam chętnie zapraszani, bo ciągną za sobą swoich fanów. Ich wpisy i wypowiedzi mają większe zasięgi niż „Science", „Nature" i „NewScientist" razem wzięte. I to właśnie ich influencerskimi oczami my i nasze dzieci widzimy świat. Świat, dodajmy, w którym nie da się niczym zakazić w kawiarnianej sieci, w którym dotyk energoterapeuty ma większą moc niż sprawdzona terapia, i gdzie picie ciepłej wody zabija wirusy. W końcu świat, w którym sieć komórkowa przenosi patogeny, smugi kondensacyjne pozostawiane przez samoloty to dowód na rozpylanie chemikaliów, dzięki którym korporacje i/lub rządy mają nad nami kontrolę, świat, w którym szczepionki i antybiotyki to zło.

I najprościej byłoby powiedzieć, że świat chyli się ku upadkowi (niektórzy twierdzą, że od początku swojego istnienia), bo ludzie durnieją. Ja mam jednak inne wytłumaczenie.

Chcieć to móc

Nie mam wątpliwości, że część z tych, którzy udostępniają głupie, nieodpowiedzialne, a czasami szkodliwe wpisy, robi to bezrozumnie. Intuicja podpowiada mi jednak, że całkiem spora grupa odbiorców je czyta, bo szuka odpowiedzi, bo jest ciekawa odpowiedzi. I co najbardziej paradoksalne – szuka tych odpowiedzi w nauce i u naukowych autorytetów.

Nie znalazłem ani jednego fejku (a szukałem!), który nie opierałby się na naukowych podstawach. Który nie używałby naukowego słownictwa czy naukowych skojarzeń. W wielu z nich pojawiają się ubrani „naukowo" ludzie. Wiele fejkowych materiałów kręconych jest w laboratorium czy w otoczeniu naukowego sprzętu. To dlatego pan Wojtek, podróżnik, żeby uwiarygodnić wygłaszane przez siebie bzdury, dorzuca stwierdzenie „ja jestem naukowiec czasami".

Nauka uwiarygadnia, a my chcemy wiedzieć, jesteśmy ciekawi i szukamy odpowiedzi. Niestety, język nauki nie jest językiem emocji, tylko językiem analizy. A analiza, nawet jeżeli jest na poziomie pop, wymaga czasu. Rzeszom poszukujących i chcących wiedzieć na tajmlajnie (osi czasu w mediach społecznościowych – red.) pojawiają się więc raczej podpierane nauką bzdury, a nie fakty. Nie jest łatwo zrobić materiał naukowy (popnaukowy), który przedrze się przez sito algorytmów i jeszcze dodatkowo zdąży się załapać na falę trendu. Ale błędem byłoby nie próbować.

Im większy kryzys, tym większy wpływ na nasze postrzeganie będą mieli ludzie z zasięgami, ale bez odpowiedzialności i wiedzy. Zarazem im większy kryzys, im większa niepewność, tym bardziej w cenie są naukowe autorytety. Doceniamy je, poszukujemy ich. Szkoda tylko, że ci ludzie tak rzadko chcą próbować, że tak rzadko chcą się uczyć, jak nie oddawać pola w tej konkurencji. To jeden element tej układanki. Drugi leży po stronie rodziców i szkoły. Zacznijmy w końcu uczyć młode pokolenie, jak przeżyć w dżungli informacji i jak nie zjadać każdego owocu, który ładnie wygląda. Jesteśmy my, dorośli, na to ślepi i głusi. A ta umiejętność już jest, i będzie coraz ważniejsza, by świadomie przejść przez na wpół już cyfrowe życie. Świadomości i odpowiedzialności nie da się budować na niepewnych podstawach, na półprawdach albo kłamstwach. Ale po to, by poznawać fakty, trzeba najpierw zrozumieć, że warto, a potem wiedzieć, jak do nich dotrzeć. 

Autor jest doktorem fizyki i kierownikiem działu naukowego „Gościa Niedzielnego". Jest założycielem popularnego wideobloga Nauka.To Lubię na platformie YT, który koncentruje się wokół tematów edukacji, technologii i nauki

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA