fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Grzegorz Schetyna - przegrał, choć wygrał

Grzegorz Schetyna najlepiej sobie radzi na polu wewnątrzpartyjnych rozgrywek
reporter
Obronił się przed Tuskiem, umocnił swoją pozycję w Platformie. Nie wykorzystał jednak szansy, by stać się liderem całej opozycji.

Trudno powiedzieć, czy przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna myśli o tym, w jaki sposób zostanie zapamiętany. Być może wcale go to nie obchodzi. Jego sprawa, możliwe jednak, że w powszechnej pamięci utkwią momenty, w których raczej nie prezentował się jako dojrzały i poważny lider. Te, gdy w ciągu kilkunastu godzin wydawał się zmieniać zdanie w kluczowych sprawach światopoglądowych. Albo gdy nie potrafił przypomnieć sobie sześciu haseł, które zaledwie kilka tygodni wcześniej przedstawiał jako podstawę programową własnej partii.

Zdjęć Schetyny nie trzeba szczególnie przerabiać, żeby nadawały się na memy – jedną z głównych broni współczesnych internetowych zmagań o elektorat, w których liczą się przede wszystkim emocje. Jeżeli ktoś spróbuje sobie twarz przewodniczącego PO przypomnieć, to zapewne przywoła ją z jednym z dwóch najczęstszych wyrazów: z nieco kpiącym uśmiechem, pojawiającym się w najmniej oczekiwanych momentach, także wówczas, gdy oczekiwałoby się raczej powagi; albo ze szczerze zmartwioną, zafrasowaną miną wtedy, gdy można by się spodziewać zadowolenia i choćby wymuszonej radości.

Nie jest to, wbrew pozorom, tanie psychologizowanie. Polityka to nie tylko sprawa dobrego piaru, wiarygodności, sprawności organizacyjnej, programu (to akurat niestety w najmniejszym stopniu) – lecz również osobowości. Przez wiele lat dominowały dwie przeciwstawne: Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Ten drugi z polskiej polityki odszedł i chyba mało jest dzisiaj prawdopodobne, by wrócił. Został ten pierwszy i – jakkolwiek krytycznie odnosić by się do jego koncepcji oraz decyzji – jest z pewnością osobowością dominującą i we własnej partii, i na całej polskiej scenie politycznej. Póki po przeciwnej stronie stał Tusk, Kaczyński miał swoją przeciwwagę. Etapu, gdy Tuska zastąpiła Ewa Kopacz, nie warto nawet wspominać. Potem nastał Schetyna – i tutaj dysproporcja jest wręcz porażająca. Słuchając Kaczyńskiego, nawet jego największy krytyk czy najostrzejszy polityczny przeciwnik nie ma wątpliwości, że o coś mu chodzi. I jest w stanie powiedzieć, o co, nawet jeśli interpretacje jego słów bywają skrajnie rozbieżne. A gdy słucha się Schetyny? No właśnie…

Problem z przewodniczącym PO jest nie tylko taki, że osobowość i charakter nie predestynują go do roli lidera, a w każdym razie do roli frontmana dużego ugrupowania. Chodzi również o to, że jego bilans jako szefa największej partii opozycyjnej jest równie nijaki, jak on sam w swoich wystąpieniach. Trochę tak, trochę tak, a w gruncie rzeczy – nie wiadomo jak.

Schetyna trochę wygrał i bardzo możliwe, że nawet licząc się z wyraźną przegraną w najbliższych wyborach wciąż ma poczucie, że przegrany nie jest. Bo faktycznie – na polu politycznych intryg w zasadzie sobie poradził.

Odegrać się na Tusku

W polskich warunkach partie nie działają według zachodniego, zwłaszcza anglosaskiego paradygmatu, który zakłada, że nie są one własnością tego czy innego polityka ani też jego autorskim tworem i dożywotnim wehikułem politycznym dla niego i jego akolitów, ale po prostu klubami czy organizacjami, które mają realizować określony cel polityczny. Kierownictwo partii jest zatem sprawą wtórną. Ma nią kierować ten, kto potrafi osiągnąć efekt. W Polsce natomiast lider staje się niejako właścicielem partii, dlatego nieproporcjonalnie wielka część zasobów sił jest przez niego i jego przybocznych zużywana na utrzymanie w ryzach poszczególnych frakcji, uśmierzanie buntów, neutralizowanie konkurentów i podobne wsobne działania. To swego rodzaju patologia, ale tak po prostu jest i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.

Stąd niemal każdy lider polityczny działa w dwóch płaszczyznach: wewnętrznej i zewnętrznej. Nie inaczej jest w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, on jednak – dzięki wypracowanym przez lata umiejętnościom i dzięki całkowitemu utożsamieniu swojej partii ze sobą (nie ma PiS bez Kaczyńskiego) – mógł ustawić rozsądne proporcje pomiędzy partyjnym macherstwem a polityką prowadzoną na zewnątrz. Schetyna wypada pod tym względem blado. Od samego początku sprawowania władzy w swojej partii, czyli od stycznia 2016 roku – ba, dużo wcześniej nawet: od chwili, gdy Donald Tusk zaczął cykl upokorzeń, zapoczątkowany odwołaniem go ze stanowiska szefa MSWiA w październiku 2009 roku (to już równo dziesięć lat!), główną racją politycznego działania Schetyny było odegranie się na Tusku.

Następnym celem, gdy przejął kierownictwo w PO, stało się uziemienie własnych politycznych oponentów, zapobieżenie powrotowi byłego premiera do krajowej polityki, chyba że w roli skazanego na przegraną, i utrzymanie się samemu przy władzy. Dopiero uwzględnienie tej motywacji pozwala zrozumieć logikę działania Platformy w niektórych sytuacjach. Na przykład w czasie żenującej i nieprzynoszącej żadnej politycznej korzyści okupacji Sejmu na przełomie 2016 i 2017 roku, gdy na pierwszym planie pokazali się młodzi posłowie Platformy, tacy jak Agnieszka Pomaska czy Sławomir Nitras. Głównym obrazkiem, jaki z tych wydarzeń zapadł w powszechną pamięć, będą przyśpiewki posłanki Joanny Muchy, transmitowane na żywo w internecie. Wszystkie te osoby należą do frakcji niechętnej Schetynie. Przewodniczący PO pozwolił im się „wystrzelać” podczas okupacji sali plenarnej, a potem zakończył protest ku ich niezadowoleniu. Pozwolił im się kompromitować, zgadzając się na rozpoczęcie absurdalnej awantury – kosztem pogrążenia wizerunku własnej partii.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można by nawet postawić karkołomną, makiaweliczną tezę, że dawny polityczny druh Tuska w taki sposób prowadził partyjną nawę, żeby zniechęcić swojego naczelnego wroga do powrotu. I nie chodzi tylko o wewnątrzorganizacyjne roszady, bo w tym rozumowaniu nie było nic karkołomnego. Chodzi o takie ustawienie, takie osłabienie PO, żeby Tusk nie miał po co wracać.

Kwestia powrotu Tuska do kraju od samego początku wielu komentatorom – w tym wyżej podpisanemu – wydawała się bardzo wątpliwa. Swoją rolę odgrywały tu też kwestie charakterologiczne. Tusk nie lubi dyskomfortu, a już zwłaszcza niechęć musiała w nim budzić perspektywa intensywnej pracy i babrania się w krajowych przepychankach w zestawieniu z wygodnym i bogatym światem najważniejszych unijnych instytucji. Do tego dochodzi trauma po przegranej z Lechem Kaczyńskim w 2005 roku. Dlatego jego powrót był zawsze mniej prawdopodobny niż droga łatwej kariery w strukturach międzynarodowych albo w prywatnym sektorze po odejściu ze stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej.

Istniało natomiast zagrożenie – z punktu widzenia Schetyny – że Tusk zechce powrócić, jeżeli sytuacja w Polsce będzie dla jego ugrupowania korzystna. Jeżeli miałby przekonanie, że wygrana w wyborach– czy to parlamentarnych czy prezydenckich – jest znacznie bardziej prawdopodobna niż przegrana. Można więc zadać sobie pytanie, czy przypadkiem Schetyna od samego początku nie działał w taki sposób, by takich okoliczności nie stworzyć. Musiał przecież uwzględniać, że jeśli będą realne szanse na zwycięstwo, Tusk zechce przyjechać na gotowe, uruchomić swoich stronników wewnątrz partii i wypchnąć Schetynę z siodła.

To oczywiście tylko publicystyczna hipoteza, ale czy naprawdę nie wyjaśniałaby ona porażającej, wręcz karykaturalnej indolencji PO? Pytanie brzmi zatem: czy największa partia opozycji mogła działać inaczej? Otóż – mogła.

Trafna diagnoza

Nawet jeżeli okoliczności się zmieniają, dla każdego ugrupowania punktem odniesienia pozostają momenty, w których wygrywało. Platforma dwukrotnie pokonała PiS. Szczególnie znamienne było zwycięstwo z 2007 roku, potem był jeszcze rok 2011. W obu tych przypadkach ugrupowaniu Schetyny pomagało to, że partia Kaczyńskiego źle zdiagnozowała społeczne oczekiwania. W 2007 roku na jej niekorzyść grało poczucie chaosu, wynikającego z wewnątrzkoalicyjnych przepychanek, afera z udziałem Andrzeja Leppera, wrażenie, że PiS toczy niezrozumiałą walkę z jakimś „układem”, której skutkiem jest niesterowność państwem. Do tego doszły robiące fatalne wrażenie wystąpienia Zbigniewa Ziobry z „gwoździem” (czyli dyktafonem, na którym miała być nagrana wypowiedź Leppera, świadcząca o tym, że to on był źródłem przecieku w aferze w Ministerstwie Rolnictwa – wielu wyborców może już tej sprawy dziś nie pamiętać, ale to ona przyczyniła się do przyspieszonych wyborów 12 lat temu) oraz równie źle przyjęta konferencja ówczesnego szefa CBA Mariusza Kamińskiego w sprawie posłanki PO Beaty Sawickiej, zorganizowana tuż przed wyborami. Bezprecedensowa mobilizacja ludzi, którzy w innych okolicznościach nie poszliby głosować, dała wygraną PO. Tusk postawił wtedy trafnie na obietnicę spokoju i stabilności.

Bagaż ośmiorniczek

Cztery lata później PiS nadal uderzał w tradycyjne tony walki z „układem” i zrobienia porządku ze złymi elitami, Platforma zapowiadała zaś kontynuację stabilności, przeciwstawiając tę obietnicę rzekomo rewolucyjnym zapędom PiS. I znów się udało.

To prawda, dziś jesteśmy w innym miejscu. PiS po 2015 roku okazał się faktycznie partią pod wieloma względami rewolucyjną, ale swoje rewolucyjne działania, które mogłyby zrazić sporą część elektoratu, skontrował z nawiązką bezprecedensowo rozbudowanym socjalem i równie bezprecedensowym dotrzymaniem wielu obietnic wyborczych. Platforma natomiast dźwiga na plecach bagaż ośmiorniczek i braku wiarygodności. W dodatku PiS bardzo skutecznie (o czym pisałem szerzej w ubiegłym tygodniu) wykreował narrację „elity kontra zwykli Polacy”, czyniąc z niej główną oś politycznego sporu i umieszczając PO jednoznacznie po stronie złych elit.

Wszystko to są poważne problemy dla Platformy. Można było jednak pójść za ciosem, przyjmując narzuconą przez PiS gębę, ale odwracając bieguny narracji. To zabieg trudny, ale nie niemożliwy.

W opowieści Kaczyńskiego złe elity to bardzo szerokie pojęcie. W gruncie rzeczy w tej kategorii mieszczą się wszyscy, którzy osiągnęli w III RP choćby względny sukces, nawet jeśli zrobili to w 100 procentach uczciwie. To większość prawników, artyści, lekarze, ogromna część dziennikarzy, pracowników akademickich, znaczna część przedsiębiorców (wyzyskiwacze, gnębiący lud pracujący), przedstawiciele zagranicznych korporacji, ba – w ogóle wszyscy ci, którzy nie narzekali nadmiernie na wcześniejsze porządki i byli względnie zadowoleni z własnej sytuacji. To oczywiście nie jest większość wyborców, ale też nie jest to ich mała część. I nie mówię tutaj – co ważne – o nielicznej, acz hałaśliwej, grupie antypisowskich fanatyków, którzy noszą przy sobie na co dzień szczoteczkę do zębów i zmianę bielizny, bo w każdym momencie spodziewają się aresztowania przez „kaczystowski reżim”. Mówię o ludziach, racjonalnie oceniających własną sytuację.

W tej grupie w ciągu ostatnich czterech lat z różnym natężeniem narastało przekonanie, że dla rządzących pełnią tylko dwie funkcje. Pierwsza – źródło finansowania prezentów dla elektoratu partii rządzącej. Druga – wróg, którego można pokazywać palcem „zwykłym Polakom”. Część spośród tych ludzi w 2015 roku mogła nawet na PiS głosować lub przynajmniej pozwoliła mu dojść do władzy, nie idąc do urn. Po kadencji rządów ugrupowania Kaczyńskiego stracili złudzenia.

Antypisowska sekta

Taki kurs partii Kaczyńskiego był czytelny co najmniej od 2017 roku, a najmniejszych wątpliwości nie pozostawiał od momentu, gdy ster rządu przejął Mateusz Morawiecki. Był to zarazem moment, gdy całkowicie wyraźny był już krach projektu Ryszarda Petru. To ważne, bo w 2015 roku to Nowoczesna miała teoretycznie przejąć bardziej liberalny elektorat. Pacyfikacja Nowoczesnej jest bez wątpienia sukcesem Schetyny, tyle że nie poszedł za nią wniosek ogólnopolityczny: skoro zwolniło się miejsce po partii, która miała zadbać o wspomnianą grupę wyborców, to należy je czym prędzej wypełnić. Zamiast więc powiedzieć: „Reprezentujemy tych, na których PiS chce żerować, żeby nagradzać własny elektorat. I nie jest to żadna elita, tylko ciężko pracujący ludzie, którzy zainwestowali we własny sukces” – partia Schetyny tkwiła w jakimś koszmarnym chocholim tańcu, okrążając w ramach niemal religijnych obrzędów najpierw Trybunał Konstytucyjny, potem Sąd Najwyższy, a jednocześnie wyciągając błagalnie ręce do Brukseli, żeby przyszła w sukurs. Sprawiało to wrażenie, jakby PO stała się przybudówką skrajnej antypisowskiej sekty, a nie poważnym ugrupowaniem opozycyjnym.

Oczywiście, w logice dzisiejszej polskiej sceny politycznej nie dało się, będąc w opozycji, odpuścić spraw sądownictwa. Ale nie musiały one być nie tylko głównym, ale przez wiele miesięcy w ogóle jedynym motywem strategii PO. To kwestie dla wielu kompletnie nieistotne. Gdy spytać przedsiębiorców, co im doskwiera, owszem, w odpowiedziach pojawią się sądy, ale nie w kontekście stanowiska prof. Małgorzaty Gersdorf czy „Weltschmerzu” Andrzeja Rzeplińskiego, tylko szybkości i rzetelności postępowania. Nie tego dotyczyły jednak gorliwie wspierane przez PO protesty.

Dzisiaj dopiero wygląda na to, że PO nieśmiało próbuje poszukiwać wsparcia u tych, którzy czują się całkowicie odrzuceni. Ale to za mało, za późno i niekonsekwentnie.

Niepotrzebny skręt w lewo

Schetyna wygrał zatem w tym sensie, że obronił się przed Tuskiem, a dziś może się raczej nie obawiać, że w przyszłym klubie parlamentarnym ktokolwiek mu zagrozi. Porażką będzie się mógł podzielić z Małgorzatą Kidawą-Błońską, a w styczniu zapewne zostanie wybrany przewodniczącym PO na następną kadencję. Nie jest jednak liderem całej opozycji. Dryf w lewo zaszkodził jego formacji, ideologiczne wygibasy niespecjalnie interesują tych, którzy z przerażeniem słuchają o zapowiadanym radykalnym wzroście pensji minimalnej albo zniesieniu limitu 30-krotności ZUS. Nieograniczona w tej sferze lewica obgryza PO z lewej flanki, pracujące na własny rachunek centrum desperacko próbuje dla siebie skaptować PSL z Kukizem. Schetyna przetrwa, ale jako partyjny kombinator, a nie poważny polityczny wojownik.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA