Polityka

Paweł Suski: Mam wspólny cel z prezesem PiS

Wikimedia, Adrian Grycuk
Paweł Suski: Koledzy z klubu żartują, że Kaczyński darzy mnie jakąś atencją – mówi poseł PO.

Z okazji obchodzonego 22 maja Dnia Praw Zwierząt przypominamy wywiad z kwietnia.

Rzeczpospolita: Czy kiedykolwiek rozmawiał pan z Jarosławem Kaczyńskim?

Paweł Suski (PO), szef Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt: Zasiadam w Sejmie od 11 lat, ale takiej okazji jeszcze nie było.

Jest pan jednym z niewielu, jeśli nie jedynym posłem opozycji, który ma wpływ na prezesa PiS.

Koleżanki i koledzy z Klubu PO żartują, że prezes darzy mnie jakąś atencją. Czasami dostaję nawet gratulacje, że coś udało się załatwić ponad podziałami politycznymi. Myślę, że mamy podobne poglądy i wspólny cel, wynikające z wysokiego poziomu empatii w stosunku do zwierząt. Rzeczywiście, zdarzyło się kilka razy na sali plenarnej, że prezes zareagował na moje słowa.

W czerwcu 2017 roku powiedział pan z mównicy: „Panie prezesie, ma pan kota; to stwarza wrażenie, że lubi pan zwierzęta". Chodziło o nowelizację zaostrzającą kary za znęcanie się nad zwierzętami. Co było nie tak?

Ustawa zawierała nieakceptowalną regulację, przewidującą, że zwierzę odebrane oprawcy skazanemu przez sąd na zakaz posiadania zwierząt wróci do niego po upływie zakazu. Zastanawiałem się, jak wpłynąć na większość sejmową. Postanowiłem zainteresować tą sprawą Jarosława Kaczyńskiego. W efekcie prezes zarządził przerwę, a projekt spadł z porządku obrad.

Inne interwencje dotyczyły prawa łowieckiego.

W grudniu pod płaszczykiem walki z afrykańskim pomorem świń (ASF) Sejm przemycił kary za utrudnianie polowań. To był prezent od ministra Jana Szyszki dla myśliwych. W trzecim czytaniu dużej noweli prawa łowieckiego powiedziałem, że jestem przekonany, że niemal każdego dnia na duktach leśnych może dochodzić do scysji myśliwych z grzybiarzami czy innymi spacerowiczami. Prezes Kaczyński zareagował bez zbędnej zwłoki. Poprawka została poparta przez PiS. Udało się też odejść od innej grudniowej decyzji, ułatwiającej odstrzały w parkach narodowych.

W dodatku wprowadzono zakaz udziału dzieci w polowaniach.

Rodzic, który próbuje przyzwyczaić dziecko do widoku zabitych zwierząt, krwi czy wnętrzności, funduje mu niewyobrażalną traumę.

I jest to nie jest wiedza z książek czy filmów...

Ojciec zabierał mnie na polowania, odkąd miałem osiem czy dziewięć lat. Koszmarem skończył się już mój pierwszy kontakt z łowiectwem. Ojciec przestrzelił kręgosłup sarnie i próbował mnie zachęcić, bym poderżnął jej gardło. W końcu sam tego dokonał, a w moich oczach stał się innym człowiekiem. Ktoś, kto nigdy nie był na polowaniu, może nie wiedzieć, że sarna płacze. Niemal jak człowiek.

Chodził pan na polowania zbiorowe?

Tak, np. z okazji św. Huberta. Na zbiorowych polowaniach dzieci epatowane są pokotem, czyli leżącymi martwymi zwierzętami, ułożonymi na trawie według specyficznej hierarchii. Nie można, tropiąc, nastąpić na żadną gałązkę, by nie zdenerwować apodyktycznego ojca z dubeltówką. Człowiek uzbrojony, który wychodzi tropić zwierzynę, jest innym człowiekiem i przestaje być fajnym tatą czy dziadkiem.

A obcowanie z naturą?

Nie mam nic przeciwko, ale z aparatem fotograficznym. Właśnie z takim sprzętem, a nie z dubeltówką, zabieram swojego syna do lasu, choć przeszedłem staż kandydacki i mógłbym zostać myśliwym. Jako dziecko uczestniczyłem w tropieniu kłusowników, zbieraniu wnyków, budowaniu ambon i paśników. Nie mogę powiedzieć, że czas, gdy dokarmiałem kuropatwy czy inne zwierzęta, był zły. Ale wiedziałem, że robię to po to, by później znalazły się na moim stole, gdzie trzeba wydłubywać z mięsa śruciny widelcem. Nie lubiłem ojca z powodu podejścia do zwierząt, jednak nie chodziło tylko o polowania.

A o co?

Choćby o psy przyprowadzane na odstrzał. Mieszkaliśmy na wsi, a komu by się chciało wieźć do weterynarza psa, który się znudził. Wiązało się czworonoga na sznurku pod płotem, a myśliwy robił resztę. W moim ogrodzie było zakopanych kilkadziesiąt psów! Na przykład Diana, sunia, z którą spędziłem dzieciństwo, wyżeł niemiecki, potrzebna była ojcu do aportowania kaczek. Miała trzynaście lat i tylko lekko ogłuchła. To wystarczyło, by już jej nie było, gdy pewnego dnia wróciłem ze szkoły. Wspominam to strasznie.

A dlaczego prezes Kaczyński tak interesuje się tymi sprawami?

Myślę, że ma świadomość tego, na jak niskim poziomie jest wciąż w Polsce empatia dla zwierząt. Przez ostatnie dziesięć lat, pracując w Zespole Przyjaciół Zwierząt, udało nam się powoli zmieniać społeczną świadomość. Gorzej było ze zmianami ustawowymi. W moim klubie zrozumienie wagi dobrostanu zwierząt jest dość wysokie, jednak przez osiem lat byliśmy zakładnikiem PSL. A zdaniem tej partii w tradycji polskiej wsi jest pies na łańcuchu. Ja tego nie akceptuję.

W Sejmie są dwa niemal identyczne projekty nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, PiS i opozycji. Ich najgłośniejszym elementem jest zakaz hodowli norek. Zostaną uchwalone?

Mamy wstępne zapewnienia, że w obu klubach nie będzie dyscypliny. Myślę, że projekt zostanie przyjęty jako jeden z niewielu ponad podziałami politycznymi, choć w trochę zmienionym kształcie. Branża futerkowa ewidentnie nie chce kompromisu. A mógłby być nią zakaz hodowli psowatych, czyli lisów i jenotów. W dodatku branża przedstawia niewiarygodne dane dotyczące skali produkcji, zatrudnienia i wpływów budżetowych.

Czy to prawda, że projekty wyszły spod pana ręki?

Bazują na projekcie z ubiegłej kadencji, który wyszedł z Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Nie chcę mówić, że jestem głównym autorem, bo w zespole pracują politycy wielu opcji – krzywda zwierząt nie ma barw politycznych. Cieszę się ze współpracy z Krzysztofem Czabańskim z PiS. W poprzednich kadencjach z tej partii wyjątkowo aktywny był Marek Suski. Nawet jeśli zespół się nie spotyka, najbardziej aktywna grupa ma ze sobą ścisły kontakt. To ma wymierny skutek polegający na tym, że prezes PiS jest zawiadamiany szybko i może reagować.

Tak jak w przypadku zniesienia przez Jana Szyszkę moratorium na odstrzał łosi?

Później odkręcił to prezes Kaczyński. Nawet jeśli zespół się nie spotyka, najbardziej aktywna grupa ma ze sobą ścisły kontakt. To ma wymierny skutek polegający na tym, że prezes PiS jest zawiadamiany szybko i może reagować.

Wspólne nazwisko z Markiem Suskim to przypadek?

Ja twierdzę, że nie jesteśmy krewnymi, a on jednak od dłuższego czasu próbuje połączyć nas w jakimś wspólnym drzewie genealogicznym. Twierdzi, że jakąś rodziną na pewno jesteśmy, więc prędzej, czy później wyląduję w PiS.

Jest takie ryzyko?

Platforma Obywatelska jest dla mnie pierwszą i jedyną partią.

Podoba się panu to, co PiS robi poza ochroną zwierząt?

Zdecydowanie nie. Jestem wyraźnie w kontrze do partii rządzącej. Wie to każdy, kto obserwuje moją pracę choćby w Komisji Obrony Narodowej.

rozmawiał Wiktor Ferfecki

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL