fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Liga Mistrzów. Thomas Tuchel to brzmi dumnie

Thomas Tuchel i ludzie z jego sztabu po zwycięstwie
PAP/EPA
Chelsea w ostatniej dekadzie wygrała cztery finały europejskich pucharów. W sobotę po raz drugi podbiła Ligę Mistrzów, pokonując w Porto 1:0 Manchester City.

Kilka miesięcy temu w taki scenariusz nikt by nie uwierzył. Można zaryzykować stwierdzenie, że takiego sukcesu nie spodziewał się nawet Roman Abramowicz.

Rosyjski miliarder nie należy do ludzi cierpliwych. Kiedy pod koniec stycznia zwalniał Franka Lamparda, być może po cichu liczył, że historia zatoczy koło i kolejny trener zatrudniony w trakcie sezonu da mu puchar Ligi Mistrzów. Ale to, co zrobił Thomas Tuchel, przerosło chyba jego wyobrażenia.

Roberto di Matteo, który prowadził Chelsea do triumfu w 2012 roku, był wcześniej asystentem Andre Villasa-Boasa, poza tym grał w Londynie i znał klubowe środowisko. Tuchel przybywał do nowego kraju i choć przyjeżdżał jako finalista Champions League z Paris Saint-Germain, mógł mieć obawy, jak zostanie przyjęty.

Chelsea to jeden z tych klubów, w których hojnie opłacane gwiazdy potrafią wejść trenerowi na głowę. Potrzebują silnej ręki, jeśli zobaczą twoją słabość, już cię nie ma. Lampardowi autorytetu nie brakowało, dekadę temu był ikoną drużyny i reprezentacji Anglii, ale zawodnicy skarżyli się, że z nimi nie rozmawia, narzekali na brak taktycznych instrukcji.

Tuchel nigdy nie był wielkim piłkarzem, ale umiejętności interpersonalne opanował do perfekcji. Stanął na czele rewolucji, porwał za sobą szatnię i cztery miesiące później został największym wygranym sezonu.

Ale finał w Porto miał też innych bohaterów. Strzelca jedynego gola Kaia Havertza, który nie mógł sobie wybrać lepszego momentu na zdobycie pierwszej bramki w Lidze Mistrzów. Masona Mounta, który fantastycznym podaniem do Havertza potwierdził słowa Leo Messiego, że ma potencjał, by być najlepszym graczem na świecie. Edouarda Mendy'ego, który siedem lat temu ustawił się w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych, a teraz rozwiązał problemy Chelsea w bramce. Wreszcie N'Golo Kante – też kiedyś niechcianego, a dziś pożądanego przez każdego pracodawcę i uwielbianego przez kolegów z zespołu.

Po ostatnim gwizdku sędziego Kurt Zouma wziął go na ręce niczym dziecko. To jeden z obrazków, które zapamiętamy po finale. Kante trzeci raz z rzędu odebrał nagrodę dla zawodnika meczu (był już MVP półfinałowych spotkań z Realem Madryt).

– Nie wiem, ile piłek dziś odzyskał. Ale N'Golo nie ogranicza się do przeszkadzania, jest dobry także w kreowaniu sytuacji. Cieszę się, że go mamy. Wnosi niesamowitą energię – chwalił kolegę kapitan Chelsea Cesar Azpilicueta.

Kante to wychowanek Piotra Wojtyny (w podparyskim JS Suresnes). Havertza do akademii Bayeru Leverkusen sprowadzał Sławomir Czarniecki. To polski wkład w sukces Chelsea.

Brytyjskie media doceniają wysiłek londyńskich gwiazd, taktyczny zmysł Tuchela, ale zwracają też uwagę, że Pep Guardiola strzelił sobie w stopę, decydując się w finale na nieudane eksperymenty. Chciał zaskoczyć Tuchela, z którym przegrał wcześniej w Premier League oraz Pucharze Anglii, lecz przekombinował.

„Wybrał ryzykowną taktykę i oberwał rykoszetem" – komentuje BBC decyzję o pozostawieniu na ławce m.in. Rodriego i  Fernandinho. „Manchester bez defensywnego pomocnika i napastnika został całkowicie zdominowany. Guardiola znów przekroczył cienką granicę między geniuszem i szaleństwem" – pisze dziennik „Sun".

Hiszpan bronił swoich wyborów, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby inaczej ustawił drużynę, szanse na wygranie Champions League miałby większe.

– Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę – przyznał Guardiola. Z City czy może z kuszącą go Barceloną – na odpowiedź na to pytanie musimy jeszcze trochę poczekać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA