fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

John Terry żegna się z Chelsea

John Terry: 16 klubowych trofeów, prawie 700 meczów w Chelsea i 78 w reprezentacji Anglii
AFP
Po 21 latach John Terry żegna się z Chelsea. To koniec pewnej epoki w Londynie.

„Jest tylko jedno słowo, by opisać to, co się stało: szaleństwo" – skomentował dziennik „Times" decyzję Chelsea, która postanowiła nie przedłużać obowiązującej do czerwca umowy z 35-letnim Johnem Terrym. Kapitanem, liderem, legendą – jak głosi transparent na stadionie Stamford Bridge. Jednym z ostatnich przedstawicieli wymierającego gatunku: piłkarzy wiernych klubowym barwom przez całą karierę.

Nigdy nie ukrywał, że jako mały chłopak razem z ojcem kibicował Manchesterowi United. Poznał nawet sir Alexa Fergusona, ale wybrał akademię Chelsea. – Od pierwszego dnia wiedziałem, że chcę tu zostać. Od tej pory liczyła się dla mnie już tylko jedna drużyna – wspominał w rozmowie z „Guardianem".

Miał wtedy 14 lat, trzy lata później zadebiutował w dorosłym zespole, a w 2004 roku przejął od Marcela Desailly'ego opaskę kapitana. I choć daleko mu było do ideału, nie był postacią pomnikową, zaskarbił sobie sympatię kibiców. Dla niebieskiej koszulki gotów był poświęcić życie.

– Śmierć na murawie byłaby dla niego zaszczytem. Zresztą nawet jakbyś go zabił, on i tak chciałby grać dalej – powiedział kiedyś o Terrym Luiz Felipe Scolari, prowadzący Chelsea przez niecały sezon (2008/2009).

Liczby nie kłamią. Cztery tytuły mistrza Anglii, triumf w Lidze Mistrzów (2012) i Lidze Europejskiej (2013). W sumie 16 trofeów i 477 meczów w Premier League, do tego 40 bramek stawiających go na czele najskuteczniejszych obrońców ligi. Więcej spotkań w jednym klubie rozegrali tylko Ryan Giggs (632) i Paul Scholes (499) w Manchesterze United oraz Jamie Carragher (508) i Steven Gerrard (504) w Liverpoolu.

Wraz z odejściem Terry'ego skończy się w Londynie pewna epoka. Po rozstaniach z Frankiem Lampardem i Didierem Drogbą oraz transferze Petra Cecha do Arsenalu 35-letni obrońca jest ostatnim piłkarzem, który wylewał fundamenty pod imperium Romana Abramowicza. Rosyjski oligarcha nigdy nie kierował się sentymentami. Jose Mourinho też pozbywał się bez żalu.

– Bajkowego zakończenia nie będzie. Chciałem zostać, ale Chelsea zmierza w innym kierunku. Usłyszałem, że może kiedy przyjdzie nowy trener, sytuacja się zmieni. Ale na dziś ich stanowisko brzmi „nie" – ogłosił Terry w niedzielę po wygranym 5:1 wyjazdowym meczu Pucharu Anglii z Milton Keynes Dons.

Zmartwili się kibice i dziennikarze, którym dostarczał tematów. Incydenty w nocnych klubach, żarty z amerykańskich turystów oglądających z przejęciem atak terrorystów na World Trade Center, wreszcie romans z matką dziecka Wayne'a Bridge'a (czyli kolegi z kadry), którym żyła nie tylko futbolowa Anglia. Sporo grzechów jak na człowieka uhonorowanego w 2009 roku tytułem Ojciec Roku.

Afera miłosna kosztowała go opaskę kapitana reprezentacji. Drugi raz stracił ją za rzekome obrażenie na tle rasistowskim obrońcy Queens Park Rangers Antona Ferdinanda. Choć sąd Terry'ego uniewinnił, federacja przeprowadziła własne śledztwo i ukarała go czterema meczami dyskwalifikacji. Nie złożył apelacji, uniósł się honorem i z gry w kadrze po Euro 2012 zrezygnował, stając się symbolem straconego pokolenia, które dla Anglii niczego nie wygrało.

Upadki miewał także w Chelsea. Najbardziej spektakularny w 2008 roku podczas finału Ligi Mistrzów na moskiewskich Łużnikach. Mógł dać drużynie wymarzony puchar, ale w serii jedenastek poślizgnął się i spudłował. Potem nie trafił również Nicolas Anelka i trofeum zabrał na Wyspy Manchester United. Nic więc dziwnego, że cztery lata później, gdy Chelsea – znów po rzutach karnych – pokonała w finale Bayern, był najszczęśliwszym człowiekiem w Monachium. Nie mógł zagrać z powodu kartek, ale koledzy nie zawiedli i sprawili mu najlepszy prezent.

– Chciałbym kiedyś wrócić na Stamford Bridge jako kibic. Przyjść tu z dziećmi i zobaczyć, że zespół sobie radzi. Jestem pewien, że tak będzie – przyznał Terry i zapewnił: – Nie odejdę do innego klubu w Anglii, nie zrobiłbym tego fanom. Czuję się na siłach, by pograć jeszcze kilka lat, ale nie wiem, co przyniesie przyszłość.

Wydaje się, że podąży śladami Lamparda czy Gerrarda i wyjedzie do amerykańskiej MLS. Na brak ofert narzekać nie powinien. Podobno jeden z chińskich klubów zaproponował mu już roczny kontrakt z pensją 20 mln funtów. W Londynie nie zarabiał ostatnio nawet połowy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA