fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Witold M. Orłowski: Wojna o norki

Adobe Stock
O różne rzeczy wybuchały wojny. Czasem również o zwierzęta.

Ot, choćby grecko-bułgarska „wojna o zbłąkanego psa", konflikt zbrojny w roku 1925 wywołany przez uciekającego przed panem czworonoga. Goniący go grecki kapitan nieuważnie przekroczył granicę i został zastrzelony przez żołnierzy bułgarskich, a w odwecie wojska greckie zaatakowały część terytorium nielubianego sąsiada. Albo „świńska wojna" toczona w roku 1859 między USA a Imperium Brytyjskim. Tym razem winien był pewien kanadyjski wieprz, który samowolnie wdarł się do ogrodu amerykańskiego farmera i zaczął wyżerać zgromadzone tam kartofle. Farmer zwierzę zastrzelił, wywołując międzynarodowy konflikt – Brytyjczycy próbowali aresztować farmera, Amerykanie wysłali dla jego ochrony piechotę i artylerię, a w odpowiedzi Brytyjczycy okręty wojenne.

No dobrze, ale wojna o norki? Maleńkie ssaki, które mają tego pecha, że natura obdarzyła je skórą nadającą się w sam raz na piękne futra? Zgoda, Bułgarzy i Grecy nawzajem się nienawidzili, więc każdy pretekst był dobry, żeby zacząć konflikt. Brytyjczycy i Amerykanie też się w XIX wieku raczej nie darzyli sympatią. Ale żeby byle norki mogły skłócić naszą tak bardzo zjednoczoną prawicę, grożąc rozpadem koalicji rządowej?

Analizę prawdziwych przyczyn, dla których norki stały się zarzewiem niespodziewanego konfliktu, pozostawię politologom. Warto jednak pochylić się nad problemem ekonomicznym związanym z naszą „wojną o norki", bo wcale nie jest on tak banalny, jak się na pierwszy rzut oka może wydawać.

Przede wszystkim mówimy o dobrze rozwiniętym, wysokodochodowym przemyśle. Zarabia 400 mln euro rocznie, płaci podatki, dostarcza wpływów eksportowych, kilkusetosobowej grupie rolników-przedsiębiorców zapewnia ogromne zyski (z których, jak wieść niesie, chętnie dotują zbożne cele). Jeśli hodowla zostanie zakazana w Polsce, zwierząt to wcale nie uratuje przed męką, bo produkcja przeniesie się gdzieś indziej (podobnie jak zapewniający jeszcze większe dochody ubój rytualny). Każdy przedsiębiorca ma też prawo bronić swoich zysków, zwracając uwagę na korzyści, które odnosi z jego działalności cała gospodarka.

Z drugiej strony większość społeczeństwa ma prawo wyrazić swoją opinię w sprawie traktowania żywych istot. Jeśli hodowla ma sens tylko w warunkach, których nie da się pogodzić z empatią wobec zwierząt, trzeba dokonać wyboru. Zyski producentów są ważne, podobnie jak dochody eksportowe. Ale jest przecież wiele bardzo zyskownych aktywności, z których świadomie rezygnujemy lub ich zakazujemy, uważając za sprzeczne z zasadami – np. eksport broni do krajów, gdzie toczą się wojny, albo produkcja narkotyków.

Wydaje mi się, że większość społeczeństwa chce, aby zakaz rozciągnąć też na hodowlę zwierząt futerkowych i ubój rytualny. Przedsiębiorcy, którzy tym się zajmują, powinni oczywiście przedstawić swoje argumenty. Ale jeśli te argumenty nie przekonają większości, państwo powinno wprowadzić zakaz. Tyle że z sensownym – zapewne dwu–trzyletnim – okresem przejściowym, pozwalającym uniknąć strat z tytułu nagłego zaprzestania działalności. Bo to z kolei należy się przedsiębiorcom od państwa.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA