fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pora na szczyt Kaczyński - Tusk

Jeśli wykorzystamy wstrząs, rok 2020 będziemy wspominać jako początek nowej, lepszej Polski. Jeśli nie, będzie to początek marnego okresu naszej historii.

Wymyślajmy więc szybko, póki nie minie szok. Trzeba natychmiast zlikwidować stan wrogości między władzą i państwem a gospodarką. Złe wirusy pogardy do gospodarki prywatnej przywlekliśmy jeszcze z PRL. Nikt ich nie tępił, więc namnożyły się bez przeszkód.

Relacje państwa z biznesem zdegenerowały się do patologicznej nieufności, podejrzliwości, wrogości i represji. Mamy lekceważenie polskich przedsiębiorców, polowania na nich odbywają się bez okresów ochronnych. Biznes państwowy kierowany przez partyjnych nominatów to inna planeta. Kasa dla polityków. Prorządowe media mają lukratywne zlecenia reklamowe, właściwi wizjonerzy opływają w pieniądze i zaszczyty z państwowych spółek.

Centralny Port Komunikacyjny, promocje Polski w świecie, mnożą się właściwe pomniki i słuszne muzea. Wiele rządowych firm jest na giełdzie. Gdyby w Polsce działała U.S. Securities and Exchange Commission (w slangu tamtejszych finansistów zwana „gestapo”), szefowie państwowych spółek i ich rad nadzorczych dużo wydawaliby na adwokatów. Oskarżani o działania na szkodę mniejszościowych akcjonariuszy i spółki.

Bez mapy drogowej

Przejście od komunizmu do gospodarki rynkowej 30 lat temu było majstersztykiem. Są wprawdzie tacy, którzy żądają ukarania Leszka Balcerowicza za jego program transformacji, ale mówi się też o nagrodzie Nobla dla profesora. Ani jedni ani drudzy niczego nie osiągną, choć kilka lat temu takie wyróżnienie Polaka miało szansę. Trzeba było podjąć pewne działania, pociągnąć za sznurki. Nikt nie kiwnął palcem, szczególnie koledzy.

W Polsce dokonano cudu ekonomicznego, ale zaniedbano ważny drobiazg. Po 45 latach komunizmu gospodarka rynkowa była jedynym wyjściem. Jednak nawet jej animatorzy nie wiedzieli, jak będzie w praktyce funkcjonować. Nikt nam nie wytłumaczył, że wolność to odpowiedzialność za siebie, że wykwalifikowani zarabiają więcej i żyją lepiej. Nie przygotowano rynkowej mapy drogowej.

Zawodowo mam ucho wyczulone na sygnały przyszłych kłopotów. W listopadzie 1989 r. przywiozłem z Nowego Jorku walizkę różnych materiałów uczących, krok po kroku, gospodarki rynkowej. Czym są i jak działają banki, skąd biorą się pieniądze, jak się z nimi obchodzić. Głównie – komiksy.

Zdolna graficzka wyrysowała piękne obrazki, ja wypełniłem słowami dymki i zrobiłem podpisy. Wyszło nieźle, ale nikt tego nie wydał. Patrzyli na mnie podejrzliwie, wykręcali się skutecznie. Podobnie było z programem działań Public Relations, który – poufnie – przekazałem premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu. Pan premier nie odpowiedział, papier przeciekł do komunistycznej „Trybuny Ludu”. Przejechała się po mnie i wyśmiała bezczelne szalbierstwo.

Skąd te pieniądze

Społeczeństwo więc reagowało nieufnie na nowości. Administracja, której nikt nie przestawił na nowe tory, sama tym bardziej tam nie wjechała. W komunie prywaciarz był wrogiem, obcym ciałem, oszustem, złodziejem, aferzystą. Po zmianie prywaciarze nazwali się biznesmenami, ale nikt nie mówił o ich wielkim, pozytywnym znaczeniu w nowym układzie państwa. O tym, że są to twórcy pieniądza, którzy „produkują” środki na wszystko. W mentalności Polaków pozostali w najlepszym razie osobnikami podejrzanymi, którym trzeba patrzeć na ręce.

Co gorsza, takie złogi myślowe miały najbardziej wpływowe osobistości oraz chyba komplet urzędników państwowych i samorządowych. Ciągle pamiętam słynne powiedzenie jednego z braci Kaczyńskich: „Jeśli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je wziął…”. Nie zarobił dzięki genialnym pomysłom, wielkim talentom, umiejętnej grze rynkowej, obsesyjnej pracy. Wziął, czyli przypuszczalnie ukradł.

Doszło do tego, że przedsiębiorcy tęsknie wzdychają do ustawy Wilczka, który pod koniec komuny ogłosił, że dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione. Teraz jest odwrotnie. Zakazane jest praktycznie wszystko, a na resztę trzeba mieć pozwolenie.

Biznes głośno się chwali, po cichu uważa się za wroga państwa. Zamknięcie firmy przez urzędników jest ich sukcesem, a kwestionujący to wyrok sądowy – dowodem, że sądy trzeba pilnie zreformować. Te smutne przypadłości nie dotyczą inwestorów zagranicznych. Duzi dają sobie radę. Ambasady w Warszawie walczą o nich, rządy w odległych stolicach – też. Ciekawe, że nikt z naszych nie wpadł jeszcze na pomysł wyjazdu np. do USA i otworzenia stamtąd firmy w Polsce. Mieć po swojej stronie ambasador Georgette Mosbacher w Warszawie i prezydenta Trumpa w Waszyngtonie to byłaby jazda!

Kolejne polskie rządy zachęcają nasz biznes i deklarują wsparcie. Każdy premier starannie natomiast unika kontaktu z przedsiębiorcami. A każdy urzędnik skrupulatnie liczy. Za duży dom w warszawskim Wilanowie (486 mkw.), zamieszkały np. przez adwokata, podatek roczny wynosi 384,16 zł. Ten sam dom z tym samym adwokatem, który zarejestruje tutaj kancelarię prawną, jest obłożony podatkiem 11412,99 zł. Prawie 30 razy więcej! Biznes jest popierany. Jasne?

Staż u Buffetta

Nie cała gospodarka jest prywatna. Mamy pokaźny sektor państwowy (tworzy 12 proc. PKB) i ambicje jego powiększania. Nazywa się to „repolonizacja”, co brzmi lepiej od upaństwowienia. Żeby tam się dostać, młode talenty rozlepiają plakaty partyjne i gardłują na wiecach. Trochę popracują, a potem trafiają do raju. Spółki państwowe zawsze preferowały swoich, ale teraz, to już chyba nawet sprzątaczki są z rekomendacji.

Dyryguje tym wszystkim minister, trzech sekretarzy stanu i dwóch wiceministrów. Ta potęga nazywa się Ministerstwem Aktywów Państwowych. W końcu 2019 roku ministerstwo zarządzało 352 spółkami. Wtedy warte były 227 mld zł. Od powstania ministerstwa do 20 lutego 2020 r. spółki straciły 52 mld. zł. W sumie kontrolowane przez państwo firmy przez cztery lata zyskały 8 proc. Wskaźnik WIG 20 wzrósł w tym czasie o 20 proc. Fundusze inwestycyjne dyscyplinarnie zwalniają zarządzających portfelami za takie wyniki.

Prywaciarze lepiej gospodarują majątkiem. Duet najsłynniejszych 90-latków świata Warren Buffett i Charlie Munger kieruje przez ponad pół wieku konglomeratem inwestycyjnym Berkshire Hathaway. Nieźle im idzie. Jego aktywa wynoszą prawie 800 mld dol. (PKB Polski to 607 mld dol.), a średni wzrost wartości akcji od 1965 sięgnął 19 proc. rocznie. Główny wskaźnik giełdowy USA – S&P 500 przyrastał w tempie 9,7 proc.

Inny świat

Czytam przeróżne teksty dotyczące kryzysu, krajowe i zagraniczne. Wysoko latają tzw. doommongers (handlarze grozy), prezentujący mroczne tezy i przerażające scenariusze. Trzej najwięksi aktualnie prorocy zagłady to prof. Nouriel Roubini, prof. Iwan Krastew i prof. Thomas Picketty. My też mamy jednego Wernyhorę. Wszyscy oni (i tuziny innych) mają mnóstwo rozbieżnych teorii załamania i scenariuszy przyszłości. Zgodni są natomiast co do jednego: świat po COVID-19 będzie inny.

Zaryzykuję swoją prognozę. Chyba rozpoczęliśmy chłodny rozrachunek z globalizacją. Miała być przyszłością gospodarki świata, okazało się, że przypomina zaułek, gdzie można dostać w zęby. Wiara, że z państwa na innym kontynencie zawsze, punktualnie i po ustalonej cenie przyjdzie wszystko potrzebne do naszej produkcji, musi być ograniczana. Gdyby inwazja wirusa potrwała dłużej, brak chińskich i indyjskich dostaw rozłożyłby przemysł w USA i UE. Nikt tego nie przewidział. Mit śrubki tańszej o ułamek centa gdzieś po drugiej stronie globusa stracił barwy. Trzeba będzie powrócić do siebie, więcej produkować na miejscu lub w swojej strefie kulturowej, obyczajowej i cywilizacyjnej. Nawet, jeśli śrubki będą trochę droższe.

Skorzystamy na tym, przesuwając się w górę wskaźników wartości dodanej. Zaczniemy wchodzić w prawdziwe połączenia kooperacyjne. Ograniczymy zatrudnienie prostej siły roboczej za mizerne pieniądze. Mamy szansę zrobić teraz to, czego nie udało się osiągnąć przez 30 lat wolności. Zbudować gospodarkę rynkową w mądrym państwie.

Przygnębiająca tandeta

Dwie klątwy wiszą nad polską gospodarką. Prywatna działa w toksycznym, anachronicznym systemie prawnym, przy fatalnych relacjach z rządzącymi. Sektor państwowy jest w rękach osób oddanych partii rządzącej. Nikt z nich nigdy nie zarządzał żadnym biznesem. Ludzie mianowani przez polityków są wierni, ale wiele nominacji budzi najpierw wesołość, potem grozę. Strategiczna część gospodarki znajduje się w rękach dyletantów.

Jest to obraz przygnębiającej tandety. Zaczęło się od lenistwa, kiedy nikomu nie chciało się ani promować wielkości Polski po 1989 r., ani opierać się zawiedzionym uczestnikom rewolucji, którzy zostali tam, gdzie byli. Nie zapraszano ich do panteonu, więc nienawistnie zaczęli niszczyć sławę Wałęsy i Solidarności, żeby zastąpić ją własną. Tylko częściowo się udało: zburzyli legendę, ale nic nie zbudowali.

Powszechny brak klasy, prostactwo, nagminne stosowanie oficjalnych kłamstw zamiast argumentów skutkuje gigantycznym bałaganem legislacyjnym, organizacyjnym i wykonawczym. Gospodarka, pozbawiona skutecznej reprezentacji jest marginesem zainteresowania władzy. Nie zna się ona na ekonomii, pogardza przedsiębiorcami. Nie jest w stanie sprawnie zarządzać tym, co ma. Skutecznie przeszkadza prywatnemu biznesowi. To jest nasz punkt wyjścia do czasu po pandemii.

Szczyt albo Greta

A teraz mamy wirusa. Musimy mieć potężnych protektorów na górze, skoro tak lekko to przebiega. Kryzysu na miarę włoskiego moglibyśmy nie przetrwać. Chyba katastrofa nas minie. Powstanie pytanie: co dalej? Jeśli pozostaniemy w tym modelu zgody na małe szwindle tworzące wielkie oszustwa, stracimy honor, wolność osobistą i szanse na dobrobyt. Będziemy deptali w miejscu, kopiąc się nawzajem po kostkach. Kiedyś dojdzie do wybuchu i Polska znów będzie na ustach świata. Jako problem dla wszystkich.

Można by, korzystając z powszechnego osłupienia nieszczęściem, podjąć program wielkiego sprzątania kraju. Politycznego, legislacyjnego, prawnego, ideologii państwa i technologii jego działania. Błyskawicznego wprowadzenia współczesnej doktryny wolności gospodarczej, przywrócenia podstawowych zasad uczciwości, prawości, odrzucenia kłamstwa i wspólne tworzenia dobrobytu. To prostsze, niż się wydaje. Czy ktoś to zrobi?

Zabrnęliśmy daleko w wojnie polsko-polskiej. Potrzeba cudu. Zdarzały się w Polsce, choćby w 1920 czy w 1989 r. Niech więc teraz, dla podziękowania Opatrzności za opiekę podczas ataku groźnej choroby, nastąpi cud zorganizowany: spotkanie Jarosław Kaczyński – Donald Tusk. W cztery oczy, przy kwadratowym stole, bo okrągły może budzić kontrowersje. Jeden temat: „co dalej z Polską?” Świat pamięta przykłady wielu krwawych konfliktów, które tak się kończyły. My też możemy.

Obaj panowie mnóstwo w życiu osiągnęli. Wiele mają za sobą, niewiele przed. A to będzie wydarzenie, po którym przejdą do historii. Każdy ma ogromne ego, więc powinno im na tym zależeć. Na pewno na tym skorzystamy. Nawet, jeśli rozejdą się z niczym, coś zacznie kiełkować.

Jeśli nie zechcą się spotykać, pozostaje szukanie Grety Thunberg. Polskiego odpowiednika szwedzkiej uczennicy, która emocjonalnie wytyka wielkim tego świata zakłamanie i bezczynność w ratowaniu klimatu. W ONZ przywódcy dostali za swoje. Tłumek miliarderów w Davos też słuchał pokornie, jak drwiła z nich bojowa 17-latka. Chyba coś zapamiętali. Może w Polsce też się uda?

Autor to były korespondent zagraniczny, komentator, wydawca magazynu „High Living”.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA