fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Młodzi lekarze ws. bonów patriotycznych: będzie strajk

Fotolia.com
Lekarze rezydenci mają mało czasu na decyzję ws. bonu patriotycznego. Aby dostać kilkaset złotych miesięcznie muszą podpisać ze szpitalami umowy lojalnościowe, które wymagają przynajmniej dwuletniej pracy w Polsce po odbyciu specjalizacji. Placówki wykorzystują to, że nie ma jednolitego wzoru oświadczenia i dodają własne bezprawne zapisy. Młodzi lekarze będą protestować.

W szpitalach trwa podpisywanie lojalek – oświadczeń, w których lekarze zobowiązują się do pracy w polskich szpitalach przez co najmniej dwa lata po zrobieniu specjalizacji. Trzeba je złożyć do 7 września br., aby rezydent, czyli młody lekarz w trakcie specjalizacji, otrzymał tzw. bon patriotyczny – dodatkowe 600 zł w przypadku dziedziny niedeficytowej lub 700 zł – w przypadku deficytowej - podaje Onet.pl.

Podobne lojalki choć nieco innej treści – składają też lekarze, którzy już są specjalistami. Mogą oni otrzymać podwyżkę do kwoty 6750 zł, ale muszą zobowiązać się do pracy na wyłączność tylko w jednym szpitalu. Nie mogą łączyć wykonywania takiej samej pracy w dwóch publicznych szpitalach.

Jak przywiązać lekarza do szpitala?

Niektórzy dyrektorzy m.in. Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie czy Szpitala Onkologicznego Ziemi Lubelskiej zastosowali wolną amerykankę i podsuwają młodym lekarzom do podpisania zmodyfikowane wersje umowy lojalnościowej. Są w niej takie kwiatki jak zobowiązanie się lekarza do pracy właśnie w tych szpitalach już po zrobieniu specjalizacji(a nie w dowolnym szpitalu – jak mówi ustawa). Rezydenci wszczęli alarm. Szpitale wycofały się natychmiast zaprzeczając, że próbowały w ten sposób przywiązać lekarzy i zapewnić sobie kadry na przyszłość. Podkreślały, że była to propozycja na zasadzie dobrowolności.

Ale skandali jest więcej. Na przykład Ministerstwo Zdrowia wciąż nie ogłosiło listy specjalizacji priorytetowych. A bez stosownego rozporządzenia nie wiadomo czy danemu rezydentowi należy wypłacić bon w wysokości 600 zł, czy może 700 zł.

Na tym nie koniec. Długa lista wątpliwości dotyczy też podwyżek dla lekarzy, którzy już mają tytuł specjalisty. Umowa lojalnościowa wobec macierzystego szpitala zobowiązuje ich do nieudzielania takich samych świadczeń na NFZ w innym szpitalu. Czy jednak można pracować dla konkurencji za pośrednictwem innej firmy? Jakie są dopuszczalne połączenia różnych miejsc pracy, aby nie stracić podwyżki? Na te pytania jednoznacznych odpowiedzi brak.

– Interpretacje przepisów są różne i mogą się zmieniać, co w tym kraju nie jest niczym nowym. Ale konsekwencje finansowe poniosą lekarze – mówi jeden z psychiatrów, przypominając że MZ w dowolnym momencie może uznać, że lekarz złamał jednak lojalność pracując w kilku miejscach i zażądać od niego zwrotu "dodatku lojalnościowego".

Lekarz nie potrzebuje kuli u nogi

I tego właśnie boją się lekarze. Zaczęli dostrzegać, że znaleźli się w pułapce i chcą się wycofać. – Umowy lojalnościowe są nam kulą u nogi. Młody lekarz, który dziś robi specjalizację nie wie w jakiej sytuacji życiowej znajdzie się po jej zakończeniu. Nie ma żadnej gwarancji, że np. ministerstwo nie będzie próbowało oddelegować lekarzy do pracy w miejscach, gdzie są największe braki kadrowe. Odmowa podjęcia wskazanej pracy będzie oznaczała konieczność zwrotu pobranych pieniędzy, czyli ok. 40 tys. zł – tłumaczy Marcin Sobotka z Porozumienia Rezydentów. Uważa on, że bony będą narzędziem do podporządkowania sobie lekarzy. – Uczynią z nas niewolników. Żeby odzyskać wolność trzeba będzie oddać pieniądze – mówi Sobotka. Przypomina, że to nic nowego – takie zasady obowiązują m.in. w uczelniach wojskowych.

Radziwiłł przynajmniej był szczery?

Rezydenci chcą wrócić do protestu. – Będziemy wypowiadać klauzule opt–out i zwalniać się z pracy – zapowiada Sobotka.

Rezydenci twierdzą, że porozumienie zawarte z Ministerstwem Zdrowia w lutym tego roku nie jest realizowane.

– Minister zapewnia, że wszystko się zgadza i że realizuje porozumienie. Ale zapomina, że nie tak miał wyglądać bon patriotyczny dla rezydentów i dodatek lojalnościowy dla specjalistów – dodaje Sobotka. Lekarze czują się oszukani. – Poprzedni minister Konstanty Radziwiłł od początku szczerze mówił, że pieniędzy nie ma i nie będzie. Natomiast obecny minister Łukasz Szumowski obiecał nam wiele, ale widać, że pieniędzy zorganizować nie umie. Obietnic nie realizuje, ale kłamstwo ma krótkie nogi – dodaje Sobotka.

Podkreśla, że fakt, iż podwyżki ciągle nie są wypłacane oznacza, że ministerstwo kredytuje się kosztem lekarzy. – To też kwestia szacunku. Umawialiśmy się, że pensje będą od lipca, ale widać, że sprawa nie jest już taka ważna, musimy wydzwaniać i dopytywać – dodaje.

– Nastroje są złe i duża część kolegów już skłania się do tego, aby wrócić do protestu – mówi Sobotka.

Gdzie te miliardy?

Czy jednak lekarze, gdy otrzymają podwyżki, nadal będą skłonni protestować? Zdaniem Sobotki tak, bo rozumieją, że i tak nie mogą cieszyć się z pieniędzy, które być może będzie trzeba oddać. – Lepiej już wziąć dodatkowe dyżury niż wiązać sobie pętlę na szyi – mówi.

Co musiałoby zrobić ministerstwo aby powstrzymać protesty?

Marcin Sobotka przypomina, że najważniejszym postulatem było zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia – stopniowo z 4,78 proc. PKB obecnie aż do 6 proc. PKB w 2024 r. W przyszłym roku potrzeba na to dodatkowo ponad 8 mld zł. – Tymczasem w projekcie budżetu państwa na przyszły rok nie uwzględniono tej kwoty. Wpływy ze zwiększonej składki na NFZ mogą wynosić około miliarda złotych – a to za mało, aby uzdrowić ochronę zdrowia – tłumaczy przedstawiciel Porozumienia Rezydentów.

Według rezydentów konieczna jest nowelizacja ustawy budżetowej państwa, aby znalazły się w niej pieniądze na zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia oraz projektu budżetu na 2019 rok.

Źródło: Onet.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA