fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt na Ukrainie

Chaos na Krymie

Uroczystości pod pomnikiem carycy Katarzyny II w Symferopolu
AFPI FILES
Przejmowanie majątku na półwyspie wymknęło się spod kontroli Kremla.

Wiele wskazuje na to, że władze anektowanego przez Rosję Krymu coraz mniej radzą sobie ze skalą korupcji na półwyspie. Świadczy o tym decyzja szefa krymskiego rządu Siergieja Aksjonowa, który we wtorek wstrzymał wszystkie prace budowlane, a najwięcej ich było w miastach leżących nad Morzem Czarnym. Nie ruszą, dopóki nie zostanie zweryfikowana dokumentacja wszystkich inwestycji. Decyzja ta nie dotyczy budowli finansowanych przez budżet federalny, czyli przez Kreml.

– Niestety, zabudowa półwyspu jest chaotyczna. Budowy bez dokumentów przekroczyły już wszystkie granice – tłumaczył swoją decyzję Aksjonow. Zapewne jest to reakcją na niedawną wypowiedź Putina, który stwierdził, że „lokalne władze powinny konsultować kwestie zabudowy wybrzeża z mieszkańcami tych terenów". – Nie powinno się tego robić w kuluarach – mówił.

Ukraińska dziennikarka Anna Andrijewska, która po aneksji Krymu uciekła do Kijowa, twierdzi, że od trzech lat trwa totalna zabudowa półwyspu i podział majątku. – Wszystkie sanatoria i pensjonaty zostały zawłaszczone przez nowych rosyjskich właścicieli. Gdy doszło do aneksji, lokalne władze zaczęły rozdawać ziemię na lewo i prawo. Nieźle na tym zarobiły, wszystko oczywiście pod pretekstem ściągnięcia inwestycji. Z mieszkającymi tam ludźmi nikt się nie liczy – mówi „Rzeczpospolitej" Andrijewska.

Ale Krym wabi nie tylko rosyjskich inwestorów. Kilka dni temu w Jałcie odbyło się międzynarodowe forum ekonomiczne. Według organizatorów udział w nim wzięło ponad 2 tys. uczestników, w tym 220 obcokrajowców z ponad 46 krajów. Władze półwyspu mówią o inwestorach m.in. z Austrii, Australii, Wielkiej Brytanii, Grecji, Włoch, Izraela oraz Stanów Zjednoczonych. Tuż po zakończeniu forum w Jałcie Kijów wysłał do Moskwy notę protestacyjną, a ukraińska prokuratura wszczęła postępowania karne wobec zagranicznych gości. Są oskarżani nie tylko o „nielegalne przekroczenie ukraińskiej granicy", ale i o „wspieranie władz okupacyjnych w rozwoju branży turystycznej". A to oznacza, że niektórych zachodnich inwestorów Rosjanom udało się jednak skusić.

– Nie ma żadnych ogólnodostępnych dokumentów na ten temat. Publikuje się jedynie informacje o rosyjskich inwestorach. Zagraniczni, a zwłaszcza zachodni, boją się sankcji – mówi Andrijewska.

Po aneksji w marcu 2014 roku Krym de facto został odizolowany od świata. Jedyne połączenie lotnicze wiedzie do Rosji. Obiecanych moskiewskich zarobków mieszkańcy półwyspu się nie doczekali, ale mają moskiewskie ceny. Według oficjalnych danych rosyjskiego urzędu statystycznego średnia pensja na półwyspie w ubiegłym roku wyniosła około 28 tys. rubli (równowartość 1900 złotych). W Moskwie jest prawie trzykrotnie większa.

– Większość nie zarabia średniej. Nauczyciele i lekarze zarabiają na Krymie zaledwie 15–20 tys. rubli (równowartość 1100–1400 złotych). Artykuły w sklepach są droższe niż w Moskwie – twierdzi ukraińska dziennikarka. Rada Najwyższa w Kijowie zakazała wszelkiego rodzaju współpracy handlowej z anektowanym Krymem. Od września 2015 trwa społeczna blokada granicy, która łączy półwysep z Ukrainą. Ale przemyt kwitnie. – W Kijowie na targach można spotkać produkty z napisem „wyprodukowano na Krymie. Rosja" – dodaje Andrijewska.

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA