Czy tak się stanie, to jednak pieśń przyszłości. Na dziś licz się co innego. Zmiany w obsadzie resortów to zarówno zrzucenie przez Morawieckiego balastu najgorzej kojarzonych nazwisk, jak i wykluczenie z rządu ludzi, którzy jak Szyszko, czy Macierewicz najbardziej rozbijali jego jedność, bądź jak Waszczykowski, czy Radziwiłł nie umieli wybić się na polityczną samodzielność.
Czy jednak wykluczenie z rządu najważniejszych obciążeń wizerunkowych to zasługa Morawieckiego, czy tylko przebiegły plan prezesa? Tego jednoznacznie rozstrzygnąć nie można. Obstawiałbym to drugie. Trudno w tej sytuacji nie przypomnieć sobie starego żydowskiego dowcipu o wielorodzinnej rodzinie i kozie. Pozbycie się kozy niczego w poziomie życia rodziny nie zmienia, ale daje pozór komfortu.
Morawiecki może mieć przez chwilę iluzję politycznej siły i szansy przewalczenia koszmaru „Polski resortowej”, a prezes i tak wciąż będzie układał klocki na własnych warunkach.