fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Crowdfunding udziałowy w Polsce rośnie, choć żyje w stresie

Adobe Stock
W czasie stagnacji giełdy crowdfunding udziałowy wyrasta na liczący się instrument finansowy. Nie ma jednak łatwo, platformy pośredniczące mogą się narazić nawet na 5 mln zł kary.

Crowdfunding w Polsce ma się świetnie – w 20 największych zbiórkach pozyskał łącznie 38,5 mln zł. A trzeba pamiętać, że górną granicą jest w tym przypadku milion euro. Ta forma finansowania staje się ciekawszą alternatywą dla startujących firm niż przeznaczony dla małych spółek parkiet NewConnect warszawskiej giełdy. Sam jeden BeesFund już w tym roku zanotował 15 sporych zbiórek na rozwój biznesów swoich klientów, a na rynku polskim jest co najmniej czterech liczących się graczy.

Czytaj także: Szał po zbiórce na Wisłę. Inne kluby chcą iść jej śladem

Licencja? Nie, dziękuję

– Na BeesFundzie od początku roku przeprowadziło emisję 15 spółek, a do końca roku będzie ich co najmniej 40. Mamy już podpisane umowy na 31 emisji i pracujemy ze spółkami. W przyszłym roku przebijemy 100 – mówi „Rzeczpospolitej" Arkadiusz Regiec, prezes BeesFund. A jednak w tle jest wojna nerwów. – Myślę, że właściciele platform crowdfundingowych w Polsce żyją teraz w dość dużym i niepotrzebnym stresie, bo grożą im kary KNF za oferowanie instrumentów finansowych bez licencji maklerskiej – mówi Jarosław Grzywiński, prezes Instytutu Rynków Kapitałowych i Finansów.

Chodzi o to, że żadna z platform realizujących crowdfunding udziałowy nie złożyła do Komisji Nadzoru Finansowego wniosku o udzielenie licencji maklerskiej i nic nie zapowiada tego, by miały zamiar to zrobić w najbliższej przyszłości. Takie rozwiązanie wprowadziła ustawa z marca 2018 r. o zmianie ustawy o obrocie instrumentami finansowymi oraz niektórych innych ustaw. Wyznaczyła ona takim firmom termin przejściowy do 21 kwietnia 2019 r. na dostosowanie się do przepisów – mogły albo złożyć wniosek o licencję maklerską, albo dostosować swój model biznesu tak, żeby być w zgodzie z przepisami. Straszak faktycznie jest poważny: – Oferowanie instrumentów finansowych w rozumieniu art. 72 ustawy bez wymaganego zezwolenia zagrożone jest grzywną do 5 mln zł – mówi Jacek Barszczewski, rzecznik KNF. – W przypadku zidentyfikowania takiego przypadku urząd ma obowiązek zawiadomić prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 178 ustawy o obrocie i wpisać taki podmiot na listę ostrzeżeń publicznych KNF – dodaje.

Co ciekawe, KNF twierdzi, że nie wie, jak duży jest ten rynek w Polsce, bo ich nie nadzoruje.

Ustawa nie zakazuje działalności platformom bez licencji, jednak ogranicza ich dopuszczalną działalność. Firmy nie mogą oferować instrumentów finansowych, przyjmować i przekazywać zleceń nabycia lub zbycia instrumentów finansowych. Platformy zapewniają oczywiście, że działają zgodnie z prawem. – Nie wystąpiliśmy o licencję, bo w tej formule, w jakiej działamy, nie potrzebujemy być biurami maklerskimi – mówi Arkadiusz Regiec. To samo mówi prezes innej liczącej się platformy.

– Crowdway od początku prowadzi działalność wyłącznie w zakresie niestanowiącym działalności maklerskiej, dlatego też obecny model biznesowy nie wymaga od nas uzyskania licencji – mówi Jakub Niestrój, prezes Crowd Ventures. Z tematem mierzył się też Ludwik Sobolewski, b. prezes GPW, obecnie prezes Emerging Europe Marketplace. – Wspólnie z innymi platformami doszliśmy do przekonania, że to marcowe stanowisko KNF wcale nie zmusza do wystąpienia o licencję, tylko trzeba to robić tak, by uniknąć zarzutu oferowania – mówi Ludwik Sobolewski, którego zdaniem warunki prowadzenia tego biznesu w UE są dużo łatwiejsze. – W Polsce to slalom z niepotrzebnie wielką liczbą tyczek, których nie wolno przewrócić – mówi.

A rynek rośnie. Rekordem zakończyła się w ubiegły piątek zbiórka browaru Pinta, który na zbudowanie nowego zakładu zebrał 4,14 mln zł. Zdaniem Niestroja ten najwyższy wynik spośród dotychczasowych zbiórek dowodzi, że browar miał przekonujący inwestorów biznesplan i zbudował zaangażowaną społeczność. To jednocześnie źródło problemów platform – sukces zbiórek zależy od skutecznej komunikacji z inwestorami, informacja musi dotrzeć do tysięcy osób. A właśnie dopiero licencja pozwala na promowanie sprzedaży udziałów. – Nieodłącznym elementem equity crowdfundingu jest kampania marketingowa – mówi Wiktor Andrzejewski, rzecznik prasowy Beesfund. Kampanie trafiają głównie do internetu, mediów społecznościowych, do tego mailingi, reklamy w Google'u, spotkania z akcjonariuszami. Wydatki mogą przekraczać 200 tys. zł. W tym wszystkim platformom zostaje rola „słupów ogłoszeń".

Sobolewski tłumaczy, że komisja ani nie zakazała działalności, ani nie wskazała, że jedyną możliwością jest przekształcenie się w domy maklerskie, a ostrzeżenia KNF są logiczna konsekwencją restrykcyjnego przepisu. – Ale KNF powiedział też wyraźnie, że platformy prowadzące emisję na rzecz spółek akcyjnych mogą publicznie promować, że prowadzą emisję, nie mogą tylko wysyłać dokumentów i prospektów potencjalnym inwestorom. Niestety, według polskiej definicji niemal wszystko można podpiąć pod oferowanie – przyznaje Sobolewski.

Potrzebne zmiany

Branża twierdzi, że polski rynek może być nadmiernie uregulowany, nawet limit zbiórek mamy minimalny – czyli milion euro, tymczasem moglibyśmy mieć nawet 7 mln euro, jak Niemcy czy Wielka Brytania. – Myślę, że jesteśmy gotowi na zwiększenie limitu ofert do co najmniej 2 milionów euro – mówi Grzywiński. Zmiany wymaga też komunikacja z platformami w zakresie regulacji. To trzeba zmienić, bo biznes można prowadzić także transgranicznie. Grzywiński proponuje, by w formie okrągłego stołu wypracować z branżą, platformami, KNF i inwestorami właściwe standardy. – Przecież equity crowdfunding jest ostatnim bastionem optymizmu na polskim rynku kapitałowym – zauważa.

Andrzej Godewski rzecznik browaru Pinta

Platformy jako takie nie ułatwiają zdobywania pieniędzy, nie wszystkie zbiórki kończą się sukcesem. Pomagają jedynie w nawiązaniu kontaktu z osobami zainteresowanymi biznesem spółki. Same zbiórki są źródłem zdrowego finansowania inwestycji, pomagają w promocji i kreują ambasadorów ich marek. Nawet najlepsze linie kredytowe tak dużo nie dają.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA