fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

14. emerytura, nowe problemy

Adobe Stock
Eksperci o uchwalonym właśnie nowym świadczeniu: absurdalna, niepoparta żadnymi merytorycznymi argumentami decyzja, psucie systemu, niszczy zachęty do dłuższej pracy.

Sejm uchwalił ustawę, która pozwoli na wypłatę jesienią dodatkowego świadczenia obiecanego przez PiS jeszcze przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi. Za ustawą zagłosowało 420 posłów, przeciw było 19, a 12 wstrzymało się od głosu.

Zgodnie z ustawą „14" równą minimalnej emeryturze otrzymają emeryci i renciści, którzy pobierają świadczenie do 2900 zł brutto. Ci, którzy mają wyższe, dostaną mniej, a ich „14" będzie pomniejszona o kwotę przekroczenia 2900 zł, wedle zasady złotówka za złotówkę. Rząd szacuje, że świadczenie dostanie ponad 9 mln osób. Koszt „14" to 11,4 mld zł.

– To jednorazowe świadczenie w roku pandemii, gdy ochrona zdrowia nie działa i seniorzy chodzą do lekarza prywatnie. Nie jest to stały wydatek bez pokrycia w dochodach – tak poparcie opozycyjnej Koalicji Obywatelskiej dla rządowego projektu mocno zwiększającego wydatki państwa w czasie pandemii tłumaczyła Izabela Leszczyna, posłanka KO. – Pełne świadczenie dostają tylko najbiedniejsi, im wyższa emerytura, tym niższe świadczenie – dodała.

Polityczny wybryk

Eksperci emerytalni nie zostawiają jednak na tej ustawie suchej nitki. – Dziś jest piękny, słoneczny dzień, przynajmniej w Warszawie, więc podniesiona na duchu stwierdzam, nieco tylko sarkastycznie, że bardzo kocham moją babcię, więc fajnie, że będzie miała nieco więcej pieniędzy w tym roku – skomentowała dla „Rzeczpospolitej" decyzję Sejmu prof. Joanna Tyrowicz, ekonomistka, współzałożycielka ośrodka badawczego GRAPE, wykładowczyni na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Zaraz jednak dodała: – Mój mózg zawodowy odmawia w ogóle mierzenia się z tą absurdalną, niepopartą żadnymi argumentami decyzją. Nie ma żadnego powodu, by twierdzić, że akurat teraz trzeba zadbać o dochody emerytów albo że to dziwne świadczenie, zwane dla niepoznaki 14. emeryturą, to faktycznie najskuteczniejszy z jakiejkolwiek perspektywy sposób walki z tym ubóstwem. Nie ma nawet dowodów, że ten wybryk będzie skuteczny w politycznej walce o rząd dusz, bo najbliższe wybory za dość długi czas, a nie jest powiedziane, że emeryci lepiej zapamiętają 14. emeryturę niż chaos w dostępie do szczepień przeciw Covid-19 – dodała Joanna Tyrowicz.

Zdaniem dr. Antoniego Kolka, prezesa Instytutu Emerytalnego, 14. emerytura to świadczenie, które psuje system emerytalny i jest formą wygaszania ubezpieczeń społecznych oraz powrotu do politycznego sterowania wysokością świadczeń. – Dalsze tego typu działania przyczyniać się będą do odchodzenia od systemu zdefiniowanej składki na rzecz zdefiniowanego świadczenia. Nie będzie już zachęt do dłuższej pracy, a wręcz dłuższa praca oznaczać będzie utratę prawa do 14. emerytury – mówi ekspert.

Co więcej, jego zdaniem taka forma wypłaty środków jest w praktyce zabieraniem pieniędzy świadczeniobiorcom. – Gdyby środki, które mają zostać przeznaczone na wypłatę 14. emerytury, w całości przeznaczyć na waloryzację świadczeń, oznaczałoby to waloryzację na poziomie około 7 proc., czyli ktoś, kto pobiera świadczenie w wysokości 1200 zł otrzymałby 1284 zł miesięcznie. Tyle wynosiłaby emerytura minimalna. Z kolei osoba, która otrzymuje 2500 zł, dostałaby miesięcznie więcej o 175 zł. W skali 2020 r., w okresie 10 miesięcy, oznaczałoby to dodatkowo kwotę 1750 zł – mówi Antoni Kolek.

Zwraca też uwagę, że środki te podlegałyby efektowi ciągnionemu, czyli kolejna waloryzacja naliczana byłaby już od wyższej kwoty. – Rząd premiuje jednak osoby, które pracowały krótko i nie wypracowały 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. To do tych osób kierowane jest świadczenie w pełnej wysokości, pozbawiając prawa do dodatkowych środków tych, którzy wypracowali przez całe swoje życie zawodowe emeryturę powyżej 4150 zł – mówi szef Instytutu Emerytalnego.

Drenowanie rezerw

Na tym nie koniec problemów. – 14. emerytura finansowana będzie z Funduszu Solidarnościowego, który środki pozyska z Funduszu Rezerwy Demograficznej – zauważa dr Kolek. Tymczasem pieniądze z FRD miały być przeznaczone na wspieranie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w trudniejszych czasach. – Te czasy właśnie nadchodzą. Zgodnie z prognozami ZUS w najbliższych latach w FUS brakować będzie 63–72 mld zł rocznie. Jednak władze wolą w księgowy sposób przekazać środki z FRD do Funduszu Solidarnościowego, który od 2025 r. miałby spłacać tę pożyczkę. W taką formę spłaty chyba nikt nie wierzy i środki te, obecnie stanowiące aktywa FRD, w przyszłości uznane zostaną za umorzone. Taki mechanizm to w praktyce drenaż FRD za pomocą kreatywnej księgowości – przekonuje ekspert Instytutu Emerytalnego. – Problem pojawi się wówczas, gdy jedynymi aktywami FRD będą niespłacone pożyczki. Wtedy nie będzie już środków na wypłatę świadczeń – dodaje.

Po uchwaleniu przez Sejm ustawa idzie do Senatu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA