fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Łukasz Warzecha: Początek miłości?

Marek Suski i Adrian Zandberg
Marek Suski (PiS) i Adrian Zandberg (Razem)
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Niemożliwe nie istnieje w polskiej polityce.

Nie było serdecznych uścisków dłoni, nie było wspólnego zdjęcia, o jakimkolwiek nowym kompleksowym planie na dalsze wspólne życie nie mówiąc. Podobno ma być. W każdym razie niedzielne spotkanie liderów trzech ugrupowań tworzących Zjednoczoną Prawicę odbyło się – jak byśmy to ładnie ujęli w języku dyplomacji – w atmosferze pełnej wzajemnego zrozumienia. Tłumacząc na polski, a już zwłaszcza sięgając do języka komunikatów z czasów PRL – a trochę do nich pod różnymi względami przecież wróciliśmy – oznaczało to, że strony spotkania patrzyły na siebie spode łba i starały się do siebie nie odwracać plecami, żeby „partner" nie wbił im w nie noża.

Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro mówią, że chcą dowieźć koalicję do planowych wyborów w 2023 r. Bo niby co mają mówić innego? Procesu rozkładu, który rozkręca się w sposób niekontrolowany w tym coraz bardziej pokłóconym stadle, nie da się już zatrzymać. Działa tam swoiste błędne koło: po różnych wydarzeniach, których tu wymieniać kolejny raz nie trzeba, prezes PiS nie ufa już współkoalicjantom za grosz, a to upewnia ich, że muszą się szykować do startu w kolejnych wyborach w innej konfiguracji niż w 2015 i 2019 r. Z tego zaś wynika, że muszą intensywnie pracować na własny rachunek. Im zaś bardziej pracują na własny rachunek, tym mniejsze zaufanie Kaczyńskiego – i tak to się napędza.

Wszystko to jednak nie znaczy, że przyspieszone wybory odbędą się za moment. Do samorozwiązania Sejmu potrzeba dwóch trzecich, czyli 307 głosów. To dalece przekracza stan posiadania ZP (234 głosy plus może kilka spoza klubu). „Za" musiałaby się opowiedzieć znacząca część opozycji. A dlaczego miałaby ona zahamować proces gnicia koalicji? Dlaczego miałaby miłosiernie dobijać męczącego się konającego, w dodatku mając w perspektywie przejęcie władzy w bardzo trudnym momencie? Chyba że Zjednoczona Prawica opozycję zaszachuje, stawiając wniosek o samorozwiązanie, którego niepoparcie przez choćby Koalicję Obywatelską trudno będzie wytłumaczyć jej wyborcom.

Ale to wszystko i tak pieśń przyszłości, bo na razie epidemia skutecznie życie polityczne petryfikuje. Dostarczyła nawet wygodnego pretekstu do opóźnienia wyborów w Rzeszowie.

Tymczasem w sprawie planu odbudowy Lewica puszcza filuternie oczko do PiS. I to może być początek wielkiej miłości. Wszak, mimo czubienia i droczenia się, PiS i Lewicę łączy tak wiele! Ostry socjalny kurs, bezkrytyczna akceptacja zielonej polityki UE (tymczasem uprawnienia do emisji CO2 już po 46 euro), upodobanie do wkraczania państwa w naszą prywatność i do paternalizmu, a nawet niechęć do indywidualnego transportu samochodowego. Więc może by tak przestać udawać, usunąć w końcu uciążliwego Ziobrę i zastąpić towarzyszem Zandbergiem?

Powiedzą państwo, że to niemożliwe? Otóż nie ma takiego słowa w polskiej polityce.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA