fbTrack

Ekologia

Nieuchronność klęski klimatycznej

123RF
Tylko jeden amerykański serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych, a to za sprawą modelu życia, jaki spopularyzował i uczynił pożądanym - przekonuje filozof i kulturoznawca.

Oto najlepsze i najchętniej klikane teksty z 2018 roku. Przez 12 dni z rzędu prezentujemy wybrane artykuły z poszczególnych miesięcy.  W grudniu był to esej Andrzeja Szahaja o wpływie kapitalizmu na zmiany klimatyczne.

W Katowicach ma miejsce kolejny szczyt klimatyczny. Poprzedni odbył się w 2015 r. w Paryżu. Ustalono istotną redukcję emisji gazów cieplarnianych. Nic z tego nie wyszło. Emisja wzrosła. Po szczycie w Katowicach będzie podobnie. Cokolwiek zostałoby uchwalone, i tak nie zostanie dotrzymane. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: problem leży gdzie indziej, niż go się poszukuje. Następny szczyt klimatyczny powinien być szczytem na temat współczesnego kapitalizmu. To on bowiem jest problemem. Emisja gazów cieplarnianych i inne kwestie związane z ekologią to jedynie czubek góry lodowej. Jedynie przejaw głębszej choroby.

Niekończąca się pogoń

Z kapitalizmem jest jak z jazdą na rowerze: trzeba wciąż pedałować, aby się nie przewrócić. Trzeba wciąż dążyć do wzrostu, aby system się nie zapadł pod własnym ciężarem (podobnie jest w gruncie rzeczy z innymi systemami, tych jednak na świecie już właściwie nie ma). A wraz z dążeniem do wzrostu pojawiają się koszty wzrostu. W ogromnej mierze są one związane ze stratami środowiskowymi. Wynika to z procesu, który ma miejsce w kapitalizmie od początku jego istnienia – z przerzucaniem na barki społeczeństw i planety tzw. kosztów zewnętrznych (zanieczyszczenia powietrza, ziemi i wody gazami cieplarnianymi, toksycznymi odpadami oraz zwykłymi śmieciami). A te są w ogromnym stopniu odpowiedzialne za sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Za katastrofę ekologiczną.

W grę wchodzi także inna sprawa. Aby kapitalizm mógł istnieć, musi produkować wciąż nowe potrzeby. To z kolei wymaga przekonania ludzi do tego, aby nigdy nie zadowalali się tym co mają. Produkowania w nich poczucia permanentnej frustracji. Narzędziem jest reklama. Wytwarza ona w nas ciągły niepokój co do stanu naszego posiadania. Wciąż wyżej i wyżej stawia nam poprzeczkę. Za jej sprawą dokonuje się także coś, co określa się mianem instytucjonalizacji zawiści/zazdrości. Wciąż porównujemy się z innymi i zauważamy, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. A przekaz reklamowy podsyca w nas zawiść, mówiąc nam: ciebie też na to stać.

I tak wpadamy w pułapkę ciągłej pogoni za spełnianiem naszych pragnień konsumpcyjnych. Pogoni, która nigdy się nie kończy, ponieważ jest pogonią za mirażem, za granicą, która wciąż się przesuwa wraz z kimś, kto się do niej zbliża. Stan tej wiecznej pogoni nie przynosi nam szczęścia. Męczy i frustruje. Ale jest zbawienny dla systemu.

I tak oto nasze wieczne niezadowolenie jest warunkiem zadowolenia tych, którzy na owym niezadowoleniu zbijają fortunę. Niezadowolenia tego nie byłoby jednak, gdyby nasz system wartości był inny. Gdyby nasze poczucie sukcesu wiązało się z innymi kryteriami niż te dziś dominujące. Obecnie jest ono związane z sukcesem materialnym objawiającym się wielkością domów, w których mieszkamy, samochodów, którymi jeździmy, i ilością miejsc, które odwiedzamy. Generalnie – z ilością rzeczy i wrażeń, które konsumujemy.

Wzorzec sukcesu

Można prześledzić proces historyczny, który doprowadził do narodzin wspomnianego systemu wartości oraz wzoru konsumpcji. Decydujący był wiek XX, w którym nastąpiła demokratyzacja pożądania rzeczy powiązana z nader ważnymi wynalazkami społecznymi, które ją na szeroką skalę umożliwiły. To przede wszystkim sprzedaż ratalna, karta kredytowa oraz dostępność kredytów. Ogromną rolę odegrały media, które z energią włączyły się w proces rozpowszechniania konsumpcyjnych wzorów sukcesu. Jeśli się pamięta o ich skutkach ekologicznych, można zaryzykować tezę, że znany kiedyś i lubiany serial „Dynastia” spowodował większe straty ekologiczne niż setki elektrowni węglowych. Rozpowszechnił on bowiem w całym świecie amerykański model sukcesu, który jest ogromnie nieekologiczny. Nie przypadkiem mieszkańcy USA, którzy stanowią ok. 5 proc. populacji Ziemi, zużywają ok. 25 proc. jej zasobów. Rozpowszechniające się wraz z globalizacją amerykańskie wyobrażenia sukcesu i konsumpcji okazały się kulturową bronią masowego rażenia. Spowodowały bowiem, że miliardy ludzi na Ziemi zapragnęły żyć tak, jak bohaterowie serialu „Dynastia”, a jeśli nie, to chociaż tak jak przeciętny Amerykanin. Mieć własny samochód, dom z ogródkiem i od czasu do czasu odwiedzać ciekawe miejsca na świecie (koniecznie Paryż, Wenecję, Barcelonę i Dubrownik, miasta, które już duszą się od nadmiaru turystów, ten sam los czeka Kraków).

Nie ma szans, aby nasza planeta wytrzymała na dłuższą metę próby realizacji tych amerykańskich, szerzej – zachodnich wzorów sukcesu (zachodnich, albowiem europejskie, z wyjątkiem skandynawskich, wcale się tak bardzo od amerykańskich nie różnią). Gdy każdy Polak, tak jak ma to obecnie miejsce, będzie marzył o tym, aby jeździć SUV-em i mieć własny dom, a do tego kilka razy w roku spędzać wakacje w ciepłych krajach (lub na nartach), nic takiego się nie stanie, poza tym, że ulegnie on zamerykanizowaniu, ale gdy zapragnie tego każdy mieszkaniec Chin i Indii, sytuacja stanie się dramatyczna. A tak się właśnie dzieje.

Sztuka jako towar

W tym sensie można powiedzieć, że Zachód tak bardzo obawiający się dziś ocieplenia klimatu padł ofiarą własnego sukcesu, a dokładniej sukcesu swego systemu wartości. Opartego na indywidualnej konsumpcji i przekonaniu, że to, co najważniejsze, dzieje się w relacji pomiędzy człowiekiem a rzeczami.

Nie zawsze tak było. Sytuacja ta jest z jednej strony skutkiem faktycznego zmierzchu wartości religii, która nakazywała uznawać relacje pomiędzy człowiekiem i Bogiem za najważniejsze, a wszystko inne za mało istotne, a z drugiej strony pokłosiem ekspansji indywidualizmu, która z kolei doprowadziła do rozpadu wielu małych wspólnot o charakterze lokalnym, dostarczających kiedyś poczucia szczęścia i sukcesu wynikającego ze społecznego uznania i szacunku, a nie ze stanu posiadania. (Poczucie szczęścia i zadowolenia z życia obserwowane w małych wspólnotach krajów biednych, jak kraje południowej Ameryki czy południe Włoch, jest świadectwem utrzymującej się wciąż gdzieniegdzie umiejętności czerpania satysfakcji przede wszystkim z relacji z innymi ludźmi, a nie relacji z rzeczami. Tłumaczenie go wpływem jakichś czynników o charakterze genetycznym, obecne w niektórych opracowaniach na temat szczęścia, także polskich, jest widomym znakiem tego, że wielu z nas już nie potrafi sobie wyobrazić innych kryteriów szczęścia niż posiadanie i prestiż z niego wynikający).

Towarzyszący temu wszystkiemu proces komercjalizacji sztuki i zamiany jej w jeszcze jeden towar pomiędzy innymi towarami spowodował, że i ona przestała się liczyć jako jedno ze schronień przed presją konsumpcyjną. Zmierzch społecznego prestiżu religii, sztuki i filozofii to widomy znak pogłębiającej się jednowymiarowości kultury zachodniej. Podobnie jak próby powiązania nauki z zyskiem i uniwersytetu z biznesem.

Pięknoduchostwo

Alternatywne wobec rynkowych wzory sukcesu oraz szczęścia tracą coraz bardziej na znaczeniu. A wraz z tym szansa na to, aby odwrócić bieg wypadków, który nieuchronnie zmierza ku katastrofie. Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy. Gdy wspólnie oglądane zachody słońca, długie rozmowy przy kieliszku wina i wymiana uśmiechów na dzień dobry staną się ważniejsze niż pożądanie nowego SUV-a czy tęsknoty za zamianą mieszkania na większe. Gdy poczucie radości, jakie daje bycie członkiem wspólnoty, która obdarza nas szacunkiem i uznaniem, stanie się ponownie ważniejsze niż dążenie do indywidualnego sukcesu materialnego w szaleńczej rywalizacji z innymi. Gdy wreszcie zrozumiemy, że sprawy podziału są ważniejsze niż sprawy wzrostu, a jakość życia ważniejsza niż posiadanie.

Wytworzyliśmy już dosyć bogactwa, teraz pora, abyśmy jako ludzkość pomyśleli o jego sprawiedliwym podziale. Czy można sobie jednak wyobrazić świat bez reklamy, w którym poeci byliby ważniejsi od biznesmenów, a bezinteresowna rozmowa od biznesowego lunchu? Gdzie bardziej cieszylibyśmy się z miłego towarzystwa niż z nowego samochodu? Gdzie bezinteresowna kontemplacja przyrody byłaby ważniejsza niż obmyślanie nowych sposobów jej eksploatacji? Gdzie sprawiedliwość, solidarność i braterstwo byłyby ważniejsze niż konkurencja, walka o zasoby i dążenie do dominacji? Gdzie gospodarka zostałaby podporządkowana demokratycznie ustalonym ludzkim celom, a nie wyłącznie zyskowi? Gdzie wielkie korporacje wydobywcze przestałyby kupować sobie przychylność polityków, a ci ostatni poczuli się lojalni wobec interesów swych wyborców, a nie wobec wielkiego biznesu? Pięknoduchostwo, prawda? No właśnie, dlatego katastrofa jest nieunikniona.

Andrzej Szahaj jest filozofem, historykiem myśli społecznej i kulturoznawcą, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Czytaj także wybór najlepszych tekstów z pozostałych miesięcy 2018 roku:

STYCZEŃ: Bartkiewicz: Nanga Parbat - dlaczego czasem warto milczeć?

LUTY: Błaszczak ustąpił Macierewiczowi

MARZEC: Wypadek Szydło: bunt śledczych

KWIECIEŃ: Jerzy Dziewulski: Widziałem teczki osób z listy Macierewicza

MAJ: Jak polscy emigranci tracą dzieci

CZERWIEC: Zakaz strzelania dla żołnierzy WOT

LIPIEC: Zbrodnie w imię nauki

SIERPIEŃ: Donald Trump chce zmienić z Andrzejem Dudą Europę

WRZESIEŃ: Sędzia Trybunału Stanu: Obowiązuje konstytucja z 1935 r.

PAŹDZIERNIK: Godło Polski jest plagiatem?

LISTOPAD: „Brak standardów”. Szybka habilitacja Marka Chrzanowskiego

GRUDZIEŃ: Nieuchronność klęski klimatycznej

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL