fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Niemiecki ambasador w Polsce wciąż bez akceptacji MSZ

Arndt Freytag von Loringhoven
Materiały prasowe
Niemcy od tygodni czekają na zgodę Polski dla swojego nowego wysłannika. Kraje poróżniła wrażliwość historyczna.

Kandydatura barona Arndta Freytaga von Loringhovena została zgłoszona przez Berlin w niefortunnym momencie: na ostatniej prostej kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, w której istotnym wątkiem był atak na należące do niemieckiego kapitału media. Pomysł wyszedł od ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa, który od dawna mocno angażuje się w pojednanie z Polską. Chciał on postawić na dyplomatę z ogromnym doświadczeniem, który m.in. jako szef wywiadu NATO dał się poznać jako zdecydowany zwolennik bliskich relacji z USA i krytyk imperialnej polityki Rosji.

W Berlinie uznano, że nie można z tym czekać, aż miną wybory, bo odchodzący ambasador Rolf Nikel latem kończył 66 lat, o rok więcej niż limit służby dyplomatycznej nad Szprewą.

W Polsce bardziej od doświadczenia von Loringhovena uwagę przykuł jednak jego ojciec Bernd Freytag von Loringhoven. Jako adiutant szefa sztabu Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH) Hansa Krebsa wielokrotnie uczestniczył on w odprawach z udziałem Hitlera w Berlinie wiosną 1945 i widział Führera na dzień przed jego samobójstwem 30 kwietnia. Wiele lat później był on konsultantem głośnego filmu „Upadek" o ostatnich dniach w bunkrze kancelarii Rzeszy.

Zastrzeżenia Jarosława Kaczyńskiego

O przejęcie schedy po Rolfie Nikelu starało się w Berlinie wielu poważnych kandydatów. Kanclerz Merkel zatwierdziła Loringhovena, bo uznała, że polsko-niemieckie stosunki są na tyle dojrzałe, że przeszłość ojca dyplomaty, na którą rzecz jasna on sam nie miał wpływu, nie będzie miała znaczenia.

– Nawet nie przeszło nam to przez głowę – można usłyszeć nad Szprewą.

Nasi rozmówcy wskazują, że Loringhoven był już ambasadorem w Pradze w latach 2014–2016, lubi Europę Środkową i intensywnie uczy się polskiego.

Przed pięciu laty mówił w czeskim radiu: „dla mnie zawsze było jasne: nacjonalizm, faszyzm to najgorsze, co istnieje w polityce. Jestem przekonanym Europejczykiem, absolutnym antynacjonalistą". A w niedzielę w rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow napisał na Twitterze: „pakt otworzył drogę do drugiej wojny światowej i podziału Europy. Polska była pierwszą ofiarą. Nazistowskie Niemcy popełniły zbrodnie o bezprecedensowej brutalności i skali. Niemcom nie wolno tego zapomnieć".

W Polsce wrażliwość historyczna jest jednak inna, niż myślał Maas. Z naszych informacji wynika, że choć formalnie zgodę na pełnienie misji wydaje MSZ, to w proces ten zaangażowały się inne ośrodki. Sam Jarosław Kaczyński miał uznać, że pełnienie przez dyplomatę o podobnych korzeniach rodzinnych misji nad Wisłą budzi ogromne zastrzeżenia. Prawicowe media ruszyły z negatywną kampanią przeciw przyszłemu ambasadorowi. To, nawet gdyby uzyskał w końcu agrement, znacznie utrudniłoby mu prowadzenie misji w naszym kraju.

Zwłoka, którą początkowo dało się wytłumaczyć efektami pandemii i kampanią wyborczą, teraz zaczyna urastać do znaczącego sporu dyplomatycznego. W wolnej Polsce nie zdarzyło się, aby ambasador zaprzyjaźnionego sojusznika z UE i NATO, i to o takim znaczeniu jak Niemcy, musiał tyle czekać na zgodę na pełnienie misji.

Zmiana kandydata to kwestia honoru

„W niemieckim MSZ narasta zdumienie" tą sytuacją – pisał w poniedziałek na pierwszej stronie największy poważny dziennik Niemiec, „Süddeutsche Zeitung".

Odchodzący szef MSZ Jacek Czaputowicz starał się doprowadzić wspólnie z Heiko Maasem do poprawy polsko-niemieckich relacji po trudnym okresie pierwszych dwóch lat rządów PiS. Aby tego nie zniweczyć, jego następca Zbigniew Rau będzie na starcie musiał rozwiązać problem von Loringhovena, który już zaczął dzielić obóz władzy. Narastają obawy, że zielone światło dla niemieckiego dyplomaty zostanie wykorzystane przez Zbigniewa Ziobrę jako dowód słabości umiarkowanej frakcji PiS.

Ale spór ma też dla Polski konsekwencje międzynarodowe. Niemcy, które długi czas starały się przynajmniej w jakimś stopniu utrzymywać równowagę między Paryżem i Warszawą, teraz zdecydowanie zbliżyły się do tego pierwszego. Widać to po niemiecko-francuskiej ofensywie dyplomatycznej w sprawie kryzysu na Białorusi, w którą nie została wciągnięta Polska, kraj przecież z Białorusią graniczący. W takiej chwili dobre porozumienie z ambasadorem Niemiec byłoby dla Warszawy znaczącym atutem.

W miarę upływu czasu obie strony mogą jednak okopać się na swoich pozycjach. – Wychodzimy z założenia, że agrement zostanie udzielone w najbliższym czasie – usłyszeliśmy w ambasadzie RFN w Polsce.

Wycofanie przez Niemcy obecnego kandydata i przedstawienie nowego wydaje się na razie trudne do wyobrażenia, chyba że kryzys będzie trwał wiele miesięcy. Wówczas pozostawi jednak poważną rysę na stosunkach przez Odrę.

Znawca reguł dyplomatycznych tłumaczy „Rzeczpospolitej": „to jest kwestia honoru, obowiązujących reguł. W ramach kandydatów, którzy spełniają odpowiednie kryteria, Niemcy mają przecież prawo wysłać do Warszawy osobę, którą uważają za właściwą".

Z drugiej jednak strony Merkel nie pierwszy raz zawiódł instynkt w odniesieniu do Polski. Latem 2015 r. wymusiła np. na ówczesnym rządzie PO zgodę na system obowiązkowych kontyngentów uchodźców w ramach UE, co pomogło w zwycięstwie PiS dwa miesiące później.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA