fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Polskie firmy tracą w Chinach znaki towarowe

Adobe Stock
Eksporterów żywności i innych towarów często zaskakuje w Chinach podobny problem – ich znak towarowy ktoś już zdążył tam sobie przywłaszczyć.

Dzięki zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy", czyli kto zarejestruje znak towarowy, ten jest jego właścicielem, ochrona marek w Chinach to pole minowe, na którym łatwo popełnić błąd. Problemy z rejestracją znaków w złej wierze ma tam cały świat, polskie firmy nie są wyjątkiem.

Czyj to znak?

Na stronie chińskiego urzędu patentowego chinatrademarkoffice.com (CTMO) bez problemu znajdziemy polskie marki zarejestrowane na chińskie podmioty. Takie zapisy dotyczą znaków towarowych nawet tak silnych w Polsce marek, jak Mlekovita, Wedel, SuperDrob, Indykpol czy Mlekpol.

Odzyskanie prawa do znaku jest możliwe. Można złożyć protest, unieważnić poprzednią rejestrację albo po prostu odkupić znak, na co właśnie liczą nieuczciwi pośrednicy. Polskiej spółdzielni mleczarskiej udała się jednak trudna sztuka unieważnienia znaku. – W związku z wytoczonymi postępowaniami jesienią 2019 r. znak Mlekpol został unieważniony i to pozwoliło na rejestrację znaku Mlekpol na rzecz naszej spółdzielni – mówi Anna Kuklińska, kierownik działu marketingu. Znak firmy odzyskali w marcu 2020 r., a w styczniu unieważnili rejestrację marki Łaciate. Teraz czekają na jej rejestrację już na siebie.

Logo Mlekovity, największej polskiej spółdzielni mleczarskiej, zarejestrowały na siebie aż trzy różne podmioty. – Jesteśmy w trakcie wewnętrznej analizy, z uwagi że jest to kwestia objęta tajemnicą przedsiębiorstwa, informuję że nie wyrażamy zgody na jakiekolwiek publikacje w tym temacie – napisała Adrianna Sapińska, rzecznik Mlekovity, w odpowiedzi na pytania „Rzeczpospolitej".

Znak i logo dużego producenta drobiu SuperDrob zarejestrował na siebie Le Yick Suen. – Współpracujemy od lat z firmą Lee Yick Suen, znak zarejestrowali za naszą zgodą – wyjaśnia Łukasz Zając, rzecznik prasowy SuperDrobu.

Problem może jednak spotkać eksportera już przy próbie wejścia na ten rynek, np. po wizycie na targach. Tam pojawiają się chińscy odwiedzający z wyraźnym celem. – Z chwilą otwarcia drzwi goście wpadają do sal wystawowych i robią zdjęcia nie stoisk, ale logotypów i nazw, a następnie sprawdzają w CTMO, czy dana firma zarejestrowała swoje dobra niematerialne – mówi Jacek Strzelecki, ekspert ds. chińskiego rynku.

Sposób na biznes

Jeśli polska firma nie zarejestrowała swoich znaków towarowych w Chinach, co kosztuje 499 dolarów, są duże szanse, że uczyni to za nią ktoś „zwiedzający" targi. Zdarza się też, że producent zaczyna eksport, ale o ochronę swojego znaku nie zadba. To przydarzyło się producentowi żywności, klientowi Bartosza Szczepaniaka, rzecznika patentowego. Gdy firma po kilku latach handlu z Chinami postanowiła zgłosić swój znak, było już za późno. Ale prawnicy wykorzystali możliwość udowodnienia, że ich klient działał wcześniej, niż ktoś zarejestrował ich znak. Rzecznik złożył sprzeciw, wraz z klientem pokazywali faktury i zdjęcia, żeby potwierdzić, że klient wprowadzał te produkty do obrotu przed rejestracją znaku.

– Złożyliśmy w urzędzie sprzeciw wobec tego zgłoszenia w złej wierze. Przedstawiliśmy dowody potwierdzające sprzedaż produktów klienta w Chinach pod spornym znakiem towarowym – mówi Szczepaniak. Klient odzyskał znak. Zdaniem prawników polskie firmy działają jednak w Chinach niefrasobliwie.

Gra toczy się o sporą stawkę – utrata praw do marki grozi zablokowaniem ekspansji biznesowej w Chinach, zakazem handlu, utratą towarów. Jeśli znak znajdzie się w CTMO pod obcym wpisem, są trzy wyjścia. Wnieść sprzeciw do rejestracji, na co są jednak tylko trzy miesiące, a sama procedura może zająć... pięć lat. – Po skutecznym zarejestrowaniu znaku jedyną drogą administracyjną jest próba jego unieważnienia. W wielu wypadkach najskuteczniejszym sposobem okazują się jednak negocjacje, co często wychodzi z inicjatywy samych trolli, którzy nawiązują kontakt z propozycją „rozwiązania problemu" – mówi dr Marta Szmidt z kancelarii Szmidt & Partners, która prowadzi podobne sprawy i spotkała się z propozycjami „okupu" od 50 tys. do 200 tys. juanów (25–100 tys. zł). W sytuacji gdy rejestracji dokonał dystrybutor lub importer, prawnik zaleca dużą ostrożność. – Nigdy nie przyzwalajmy na sytuacje, w których prawa do naszej marki dobrowolnie oddajemy w cudze ręce – mówi Szmidt.

Problem oczywiście nie dotyczy tylko Polaków. Apple za odzyskanie prawa do nazwy iPad zapłacił... 60 mln dolarów, a producentowi butów New Balance sąd nakazał zapłatę 16 mln dolarów odszkodowania dla osoby prywatnej, która wyprzedziła go w rejestracji podobnie brzmiącej marki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA