Wtorkowa konferencja prasowa premiera Mateusza Morawieckiego dotyczyła kolejnych etapów odmrażania gospodarki, ale pojawiła się w jej trakcie także kwestia wyborów prezydenckich. – Zobowiązuje nas do przeprowadzenia wyborów konstytucja. To jeden z najważniejszych aktów demokratycznego państwa – powiedział szef rządu. Jak dodał, w grę wchodzi na powszechne głosowanie korespondencyjne termin 17 maja lub 23 maja.

Mechanizm tego przesunięcia terminu jest złożony. – Artykuł 20 ust. 2 ustawy z 6 kwietnia zawiera wprawdzie przepis, że marszałek Sejmu może zmienić termin głosowania z zachowaniem terminu konstytucyjnego, ale to przepis, który znajduje się w ustawie, nad którą teraz pracuje Senat. Do uchwały Senatu w jej przedmiocie będzie musiał jeszcze odnieść się Sejm – zwraca nam uwagę Maciej Pach z Katedry Prawa Ustrojowego Porównawczego UJ. Jak dodaje, jeśli ustawa upadnie w Sejmie, to w ogóle nie będzie możliwości, by zmienić termin.

Obecnie trwa próba sił przed przyszłotygodniowym głosowaniem. Z jednej strony nie zmienia się postawa grupy polityków Porozumienia, którzy razem z Jarosławem Gowinem deklarują, że nie poprą ustawy wprowadzającej powszechne głosowanie korespondencyjne.

Jarosław Gowin mówi jednoznacznie, że wybory 10 maja nie mogą się odbyć, a terminy 17 lub 23 maja są niekonstytucyjne. Tak mówił m.in. po ubiegłotygodniowym spotkaniu z liderami PSL-Koalicji Polskiej. Drugi przepis, który umożliwia przesunięcie wyborów – wyznaczenie dnia wolnego na inny dzień niż niedziela – jest zapisany w tzw. tarczy 2.0, która została podpisana przez prezydenta. Bo 23 maja to właśnie „dzień inny niż niedziela". A każdy dzień więcej, ponad 10 maja, daje Poczcie Polskiej więcej czasu na logistykę przedsięwzięcia, a są z nią oczywiste kłopoty. Bez przeforsowania ustawy w Sejmie dotyczącej zmian w kodeksie wyborczym i tak wszystkie te rozważania pozostają teoretyczne.

Dlatego Nowogrodzka liczy swoje siły i ma nadzieję, że uda się jednak przekonać posłów Jarosława Gowina lub opozycji. Do przekonywania polityków Porozumienia i przeciągnięcia ich na stronę PiS został wydelegowany – jak głoszą kuluarowe informacje – wiceminister Zbigniew Gryglas z Porozumienia (nie jest w tej kadencji posłem, w poprzedniej zaczynał poselską karierę jako polityk Nowoczesnej).

– Gryglas mógłby przeciągnąć co najwyżej dzieci z Bullerbyn albo Gumisie – mówi nam ironicznie jeden z polityków Porozumienia. Nasi rozmówcy nie spodziewają się, by Gryglas odniósł jakikolwiek sukces.

Cały czas toczy się też odmrożona kampania prezydencka. W środę sztab PiS uderzył w kandydata PSL-Koalicji Polskiej Władysława Kosiniaka-Kamysza, który zajmuje drugie miejsce w większości sondaży.

– Kiedy pan mówi prawdę? Czy wtedy, kiedy z Donaldem Tuskiem podnosi pan wiek emerytalny, czy dzisiaj, kiedy udaje pan, że to nigdy nie miało miejsca? To nieuczciwe wobec Polaków – powiedział w środę na specjalnej konferencji prasowej wicerzecznik PiS Radosław Fogiel. PSL ripostowało, że będzie rozliczać prezydenta Andrzeja Dudę z niespełnionych obietnic z 2015 roku.