"Rzeczpospolita" ma 100 lat
Czego tam niema? Jest i setka dolarów i nie-pokaźna czarno-biała stufuntówka, a również 1 tysiąc koron szwedzkich, sto piastrów indochińskich i tysiąc franków szwajcarskich. I te wszystkie różnokolorowe, podniecające apetyty przechodniów, drogocenności otaczają kołem, królującą w samym środku, brunatną, ogromną, imponującą, dobrze nam kiedyś znaną, a dziś zapomnianą... polską tysiącmarkówkę. Przyczepili ją tak w tym centrze banknotowym świata, znać dlatego, że ze wszystkich znaków wymiennych Europy, Ameryki i Azji posiada największe rozmiary.
A ludzie patrzą się i dziwią.
– Co to za pieniądz? Ten wielki? – pyta ktoś.
– Polski, zdaje się – zaznacza jakiś, lepiej poinformowany, uliczny finansista.
– A co to może być warte?
– A no nic...
– Nic, to nie dużo.
I grupka gapiów w śmiech. Ile razy przystanąłem, usłyszałem tego rodzaju rozmówki i przyznam się naiwnie, że było mi jakoś trochę nieprzyjemnie. [...]
Bo cóż wtedy pomogą najumiejętniej redagowane komunikaty polskiego biura prasowego? Drukuje np. to lub inne pismo, że w Polsce jest nadmiar zboża, że z kartoflami wprost nie wiadomo co robić, że przemysl łódzki idzie lepiej niż wogóle kiedykolwiek przed wojną, ale ludzie kręcą nosem, krzywią się, nie wierzą.
– Gdyby się tak dobrze działo – mówią – to przecież wasza marka... i t. d. i t. d.
A ktoś, już mniej życzliwy, nawet niejedno krotnie doda: – Tak, ci Polacy nie umieją się rządzić. Taki miły naród, taki zdolny, taki, panie dobrodzieju, bohaterski, ale z tą administracją to gorzej... Kiepskie są na przyszłość widoki...
Ilem śliny zużył, w różnych domach i towarzystwach, by tych sceptyków przekonać! Mówiłem, że Polska otrzymała, przy narodzinach, kraj zniszczony i złupiony przez miljonowe armje, że odziedziczyła po zaborcach cztery różne waluty, że da sobie przecie rady, ale trzeba jeszcze trochę cierpliwości. Argumenty moje padały jak groch o ścianę. [...]
– Nie przekona pan nikogo, mówił mi wybitny ekspert finansowy p. Avepol, gdyż pieniądze, te papierki wypuszczane przez państwo w świat, są największą, a może jedyną jego propagandą. Te kawałki papieru są jak owe pocztówki-widokówki, owe Ansichtskarten, które, rozchodząc się w miljonach egzemplarzy po całej kuli ziemskiej, dają obraz piękności i dobrobytu kraju.
Polak na Zachodzie czul się jakby trochę zawstydzony. I kto wie – boć trudno to poddać dokładnej analizie – czy ten stan naszych finansów nie wpłynął w znacznym stopniu i na naszą akcję dyplomatyczną. W Genewie, w Paryżu i w Genui, nasza mareczka była dla dyplomatów polskich ciężkim bardzo handicap'em. Boć człowiekowi, którego kredyt finansowy tak kiepsko stoi, trudno jest innych przekonać, że jest mądry, rozważny, przewidujący, porządny. A w polityce jest tak, jak w życiu.
To też gdy mnie zapytują:
– A jakież wrażenie zrobi w Paryżu nasza emisja złotych?
Odpowiadam z całą stanowczością, opierając się na znajomości ludzi, opinji sfer finansowych i politycznych:
– Dzień, w którym po raz pierwszy pójdę do Credit Lyonnais i zmienię 500 złotych na tysiąc pięćset franków, będzie dla mnie wielkim dniem świątecznym, dniem dużego zwycięstwa.
Tytuł od redakcji A.D. 2020
Henryk Korab-Kucharski (1891–1954), dziennikarz, wydawca, korespondent prasy międzywojennej; w „Rzeczpospolitej" oprócz felietonów publikował korespondencje z „podróży naokoło Rosji Sowieckiej"; po wybuchu II wojny napisał książkę „Odkryjmy Francję" dla Polaków, którzy znaleźli się w tym kraju.