Stadiony w tle się zmieniają, ministrowie też, tylko Nelson Mandela jest na każdym powitalnym plakacie. Ubrany w złotą koszulę, z Pucharem Świata w rękach, patrzy na tych, którzy wylądowali w Johannesburgu i korytarzami wypolerowanego lotniska idą na spotkanie z Afryką.

To ostatnie momenty spokoju. Za chwilę spadną na nich kolory wszystkich sponsorów mundialu i wszystkich finalistów, dźwięk vuvuzeli, czyli plastikowych trąbek, ryczących już w hali przylotów, powtarzane co chwila zapewnienia, że Afryka jest gotowa, Johannesburg jest gotowy, że wszystko jest tu „world class”. Ten zgiełk wypełni następne kilka tygodni. Ale Mandela będzie się już od niego trzymał z daleka.

Nie jest nawet pewne, czy ojciec RPA takiej, jaką znamy dzisiaj, bohater czarnych i białych, tych, co nie mają nic, i tych, którzy mają wszystko, będzie w piątek na meczu otwarcia. On swoje już zrobił, chce odpocząć. Był jedynym prezydentem na kontynencie, który zrezygnował dobrowolnie z drugiej kadencji. Gdy kilka lat temu wycofywał się z życia publicznego, powiedział: – Proszę, nie dzwońcie już do mnie. Jak będzie trzeba, ja zadzwonię. Dzwoni rzadko.

[srodtytul]Opowieści na tak i nie[/srodtytul]

Jego zdjęcie z Pucharem Świata, to z plakatów, jest jednym z pomników najnowszej historii RPA. W 2004 roku w Zurychu, po wygranym wyścigu o mistrzostwa, Mandela mówił, że znów czuje się jak 15-latek, przytulał puchar.

Nie mógł nawet marzyć o takiej chwili, gdy kilkadziesiąt lat wcześniej zaczynał w johannesburskim Soweto walkę z apartheidem, gdy znikał za bramą więzienia na wyspie Robben koło Kapsztadu, gdy w 1976 roku FIFA wyklęła RPA z grona swoich członków. Teraz, kiedy mundial, o który ten kraj ze swoim przywódcą walczył przez sześć z dziesięciu pierwszych lat demokracji, jest już na progu, Mandela woli oddać scenę innym. W niedzielę w Pretorii na konferencji prasowej zaczynającej finałowe odliczanie to prezydent Jacob Zuma pod rękę z Seppem Blatterem zapraszał do Afryki „wszystkich, którzy przez następne tygodnie będą nam opowiadać swoje historie i będą słuchać naszych”.

[wyimek]W centrum życie toczy się na ulicy, trzeba lawirować samochodem między przechodniami [/wyimek]

Różne to będą opowieści. Afryka potwierdzi każdą tezę: na tak i na nie. W radiu wiadomości o tym, jak świetny to będzie turniej, mieszają się z informacjami, ile osób zginęło i ile jest rannych w strzelaninie w Soweto. Przy wyjściu z nowoczesnego, eleganckiego lotniska wiszą ogłoszenia, że z powodu zmian w organizacji transportu specjalne autobusy do m.in. leżącej kilkadziesiąt kilometrów stąd Pretorii i Sandton, najbogatszej dzielnicy Johannesburga, ruszą dopiero 7 czerwca.

Wolontariusze nie mogą uzgodnić, czy biuro akredytacyjne jest przy stadionie Ellis Park, czy Soccer City, i czy jest otwarte już, czy dopiero od poniedziałku. Ale taki już urok wolontariusza, nieważne czy to igrzyska w Chinach, finał Ligi Mistrzów w Madrycie czy mundial w Afryce.

[srodtytul]Zamieszki pod stadionem[/srodtytul]

W RPA nigdy nie mieli wątpliwości, że podołają. Będą pierwszym krajem, który może się chwalić, że zorganizował mistrzostwa świata w rugby, krykiecie i futbolu. Wszystkie wątpliwości gości z zagranicy zagłuszają optymizmem, bijącym z telewizji i billboardów tak mocno po oczach, że aż prowokuje, by zacząć szukać dziury w całym. Zwłaszcza po takich wydarzeniach jak niedzielne starcia kibiców przy okazji meczu Korei Północnej z Nigerią na stadionie Makhulong na obrzeżach Johannesburga. Kilkanaście osób zostało rannych, jeden policjant ciężko, gdy tłum niecierpliwiący się w kolejkach do wejścia naparł na ludzi stojących z przodu. Ktoś zdecydował, że bilety na ten mecz będą darmowe. Ktoś zapomniał tam wysłać po tej decyzji dodatkowych ochroniarzy. Ale wszyscy umyli ręce: właściwie to obrażenia nie były takie poważne, do zdarzenia doszło pod stadionem, a nie na nim, poza tym to nie jest obiekt mistrzostw, itd. O przygotowaniach tylko dobrze albo wcale.

Szaleństwo już trwa. Puchar Świata skończył swoje tournee po Afryce i czeka na zwycięzcę. Większość finalistów wylądowała. Bafana Bafana, drużyna gospodarzy, wygrywa. Koszulki reprezentacji znikły ze sklepów, uliczni sprzedawcy próbują wcisnąć flagi, podróbki pamiątek, albo inne mundialowe rękodzieło, na przykład sylwetki piłkarzy z drutu.

Miejscowi mówią, że w Johannesburgu nie można zobaczyć Afryki. Stąd się dopiero do prawdziwej Afryki wyrusza. Miasto to dziwna mieszanka miejscowych i europejskich wpływów. Wysuszona, przykurzona, położona z dala od morza i rzek. Drzewa i krzewy pasowałyby równie dobrze do miasteczek u podnóża włoskich Alp, między nimi ciągną się kilkupasmowe autostrady.

Raje sąsiadują tu z piekłem. Skrót GP, Gauteng Province, do której należą Johannesburg i Pretoria, niektórzy rozszyfrowują jako Gangsters” Paradise. Każda dzielnica to inny świat. Centrum z drapaczami chmur, pełne bezczynnych czarnoskórych przechodniów, posępne jak z amerykańskich komiksów o Gotham i Sin City. A kilka kilometrów dalej piękne wille przy Bolton Street, rezydencje Bryanston, z których wiele należy do czarnych mieszkańców (to słowo nie ma tutaj takich złych konotacji jak choćby w USA, czarnoskórzy z dumą mówią o sobie „black”), posiadłości w Midrand i Randburgu, do których biali przenosili się z centrum po upadku apartheidu. Są miejsca skrajnej biedy, ale i parki biznesu, które mogłyby się znaleźć w każdej metropolii świata, osiedla domków jak z przedmieść Londynu albo z holenderskiej prowincji.

W centrum życie toczy się na ulicy, trzeba lawirować samochodem między przechodniami. A niedaleko zaczynają się osiedla, w których mur zasłania przed ulicą wszystko. Często jest zakończony drutem kolczastym, a tabliczki ostrzegają: Armed Response, co oznacza, że jeśli mieszkańcy wezwą pomoc, ochrona przyjedzie z bronią palną.

Kiedyś centrum wyglądało inaczej. – Gdy przyjechałem do Johannesburga, tu był Paryż. Rzędy eleganckich witryn, szkło, granit, złoto, baseny i ogrody na dachach – wspomina Zbigniew Skrzypczak, właściciel firmy turystycznej, który do RPA wyemigrował w 1982 roku. Po upadku apartheidu biali mieszkańcy opuścili centrum, do domów, w których mieszkała jedna rodzina, wprowadziło się po kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt osób.

[wyimek]Za chwilę próba ceremonii otwarcia. W kolejce stoją bębniarze i śpiewacy[/wyimek]

Budynki niszczały, w mieszkaniach najbiedniejsi rozpalali w zimie ogniska. Ale rząd ma teraz plan, nazwany 2030, żeby do tego roku przywrócić świetność Johannesburga z lat 80. I już nazwa planu jest zmieniana na 2015, bo odbudowa idzie szybciej, niż zakładano. Coraz mniej budynków straszy wybitymi szybami, w powietrzu pachnie mokrym wapnem. Carlton Centre, swego czasu największe centrum handlowe świata, w niedzielne popołudnie jest pełne. Na drzwiach znak: zakaz wnoszenia broni. W środku sami czarnoskórzy. Czy odbudowa będzie skończona w 2015, czy 2030, biali mieszkańcy tam już nie wrócą.

Ale w siłę rośnie czarna klasa średnia. Ci, którzy mówią o sobie Black Diamonds i lubią się pokazać. Gdy stawiają mury, często są one wyższe niż u białych sąsiadów. – Gdzie są pieniądze, tam nie ma podziałów rasowych – mówi Zbigniew Skrzypczak. Przy braai, południowoafrykańskim grillu, celebrowanym tak jak w Argentynie asado, równie chętnie siadają biali i czarni. Ale tym, co ich łączy, najczęściej jest sport.

Gdy RPA zostawała mistrzem świata w rugby, w 1995 i przed rokiem, padali sobie w ramiona ludzie wszystkich kolorów, upijali się razem, tańczyli na ulicach. Rugby to sport białych, futbol – czarnych, ale jak reprezentacja będzie wygrywać na mundialu, podziały pójdą na kilka tygodni w zapomnienie.

Publiczne radio daje do zrozumienia, że futbol może dać narodowi tyle siły co wielkie wydarzenia z historii: „Widziałem na własne oczy, jak w 1990 roku Madiba (Nelson Mandela – przyp. red.) wychodził z więzienia, jak cztery lata później upadł apartheid, jak w 1995 roku wywalczyliśmy Puchar Świata w rugby, teraz pójdę zobaczyć mecze mundialu. Nie mogą mnie ominąć najważniejsze rzeczy” – czyta lektor. To reklama zachęcająca do kupowania biletów na mecze mundialu.

Jedyny sposób, żeby zapanować nad Johannesburgiem, miastem-monstrum, to samochód. Autostrady są zatłoczone, a auto zatrzymane na poboczu, w nie wiadomo jakim celu, mogłoby być symbolem Johannesburga. Tzw. czarne taksówki, busiki, w których często siedzi więcej osób, niż jest miejsc, mijają się z dżipami bogatych białych. Pod tym względem nie ma takiego rozwarstwienia jak w przypadku domów. To nie Moskwa, maybachów i hummerów nie widać.

Transport publiczny dopiero się rozwija, ma być pamiątką po mundialu. Dotychczas właściwie nie istniał. W centrum stoją już futurystyczne przystanki, z których wsiada się do autobusu jak z peronu, na wysokości ponad metra. Ale wszystkie są zamknięte, a autobusów nie widać. Jutro zacznie działać Gautrain, pierwsza superszybka kolej w Afryce. Na razie tylko na 15-kilometrowej trasie z lotniska do Sandton, ale w następnych latach dotrze do Pretorii.

Iść tu właściwie nie ma gdzie, przy ulicach wielu dzielnic brak chodników, a policjant, gdy zobaczy nas bez samochodu przy drodze, zapyta, czy na pewno nic złego się nie stało. Spacery po zmroku to proszenie się o kłopoty. Ale do jazdy samochodem nocą miejscowi nie zniechęcają. Przypominają, żeby zawsze blokować drzwi od środka i nie zostawiać rzeczy na wierzchu.

Ale nie można robić z Johannesburga miejsca, gdzie niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, bo to się może dobrze sprzedaje w CNN czy BBC, ale nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

[srodtytul]Płać na czas[/srodtytul]

Okolice Ellis Park, jednego z dwóch johannesburskich stadionów mundialu, wyglądają jak osiedla na przedmieściach amerykańskich miast, ale takie, których po zbudowaniu nigdy nie odnawiano. Domki, dużo zieleni, mury dość niskie. Kiedyś to była dzielnica Portugalczyków. Sklepikarzy, którzy przyjechali z Mozambiku i Angoli, gdy zaczęło się tam robić niebezpiecznie, a potem z tego samego powodu opuścili RPA i wrócili do Europy. Tutaj akurat widać spacerujących ludzi. I nikogo białego. Jesienne liście spadają na pobocze, ale jest bardzo ciepło, mijają nas bose matki z dziećmi. Na drzewach wzdłuż drogi przybite drewniane i tekturowe tabliczki: hydraulik, ogrodnik, kafelkarz, brukarz. Tylko tyle, i numer telefonu. Na rogach ulic i na poboczach czekają robotnicy do wynajęcia na dzień, do ogrodu albo napraw w domu. Inne ogłoszenie pyta: „Ktoś jest ci winien pieniądze? Zadzwoń”. Lokalny dostawca energii obwiesił pobocza autostrad swoimi reklamami: „Płać rachunki na czas, unikaj odcięcia prądu”. „Nielegalne podłączenia zabijają”. Na światłach podchodzą żebracy, jeden z tabliczką: „Pomóżcie, zdechła moja jedyna krowa”.

Uliczki wokół stadionu są już zamknięte dla ruchu. Przy centrum akredytacyjnym stoi rząd opancerzonych transporterów, uliczne stragany, jeden z mężczyzn podnosi się z murku by zaproponować, że będzie pilnował naszego samochodu. RPA to kraj ochroniarzy, zawodowych i dorywczych.

[srodtytul]Chodzenie po złocie[/srodtytul]

Ellis Park, zbudowany na MŚ w rugby, teraz tylko odnowiony, jest upchnięty między budynkami. Drugi stadion, Soccer City, powiększony i przykryty dachem, to święto przestrzeni i rozmachu. Jest podobny do Allianz Arena, ale ładniej położony i niejednolicie pomalowany. W kolorach piasku, czerwonej mączki, która leży tu przy drogach, i złota. Gdy się na niego patrzy z tarasu widokowego na szczycie Carlton Centre, zlewa się z płaskimi górami, które go otaczają.

Góry to hałdy błota wylewanego po wypłukaniu złota. Na nim to miasto powstało, Gauteng znaczy po zulusku „miejsce złota”. Teraz te góry są kruszone, wywrotka po wywrotce, bo okazało się, że z każdej tony piasku można odzyskać do 1,5 grama złota. A potem piasek wywozi się dalej, bo gdy hałdy sypano, miasto nie było tak rozrośnięte, a dziś to tereny atrakcyjne dla deweloperów. W centrum Johannesburga też wszyscy chodzą po złocie, bo i tam wylewano kiedyś błoto pod chodniki.

Wokół Soccer City idzie procesja w kolorowych kamizelkach. Jest sobotnie popołudnie, za chwilę zacznie się próba ceremonii otwarcia. W kolejce stoją bębniarze, śpiewacy, każda grupa ma swój kolor kamizelki i napis na niej. Robotnicy jeszcze wylewają asfalt, poprawiają bruk na chodnikach obok stadionu, malują pasy. To tylko kosmetyka, wszystko właściwie jest gotowe, jeśli chodzi o infrastrukturę, bo z organizacją bywa różnie.

Po drugiej stronie autostrady jest Soweto. Ale nie to złowieszcze, znane z ujęć straszących blaszanymi domkami i piaszczystymi drogami slumsów. Ze stadionem sąsiaduje jedna z eleganckich części dzielnicy, a jest ich niemało. 90 procent domów w Soweto – mieszka tu 5 milionów ludzi – jest murowanych, niektórym ulicom bliżej do Beverly Hills niż do tych osiedli domków z byle czego, które pracują na złą sławę Johannesburga.

Od 1994 nie zbudowano tu żadnej szkoły, ale nie dlatego, że nie było pieniędzy. Nie było potrzeby, tyle ich postawiono wcześniej. Ale też jeśli w wiadomościach mówią o ofiarach i rannych, to najczęściej w Soweto. Nie ma jednej prawdy o tej dzielnicy, tak jak nie ma jednej o całym mieście. Akurat w Johannesburgu najlepiej wiedzą, że to co najcenniejsze może być unurzane w błocie.