Rzeczpospolita: Władimir Putin udał się w weekend z wizytą do Chin. Chińczycy nie są jednak do końca zadowoleni z rozmów z prezydentem Rosji. Także w przeszłości stosunki rosyjsko-chińskie różnie się układały.
Prof. Waldemar J. Dziak: Rzeczywiście, przez lata były bardzo napięte. Przypomnijmy konflikt chińsko-sowiecki, który tlił się od 1949 r., gdy wbrew woli Sowietów powstała Chińska Republika Ludowa. Stalin wolał, aby Chiny zostały podzielone na czerwoną, komunistyczną, północ i białe, kontrolowane przez Czang Kaj-szeka, południe. Nieustannie powtarzał Chińczykom: „Poczekajcie, nie spieszcie się". Gdy w Chinach zwyciężyła rewolucja, był bardzo zaskoczony.
Chińscy komuniści byli aż tak nieposłuszni?
Chińska partia komunistyczna nie była marionetką, tak jak partie komunistyczne w Europie Środkowo-Wschodniej. Była najbardziej niezależna, autonomiczna z nich wszystkich. Gdy do Moskwy przyjeżdżał Bierut, dla Stalina był on nikim, kapciowym. Stalin mógł zrobić z Bierutem praktycznie wszystko. Z chińskimi przywódcami to było niemożliwe. Zresztą chiński komunizm różnił się od sowieckiego. Stalin nawet powiedział: „Chińscy komuniści to rzodkiewki, tylko na powierzchni czerwoni, a reszta – biała". Czyli że reakcjoniści, nacjonaliści...
Konflikt nasilił się w 1960 roku.
Tak, ZSRS chciał kontrolować Chiny, lecz Pekin powiedział: nie. Od 1960 do 1989 r. mieliśmy okres konfrontacji sowiecko-chińskiej (z różnym natężeniem). Pod koniec lat 60. doszło do otwartych starć zbrojnych na granicy obu państw. Sowieci zgromadzili tam aż 2,5 mln żołnierzy. Breżniew myślał nawet o prewencyjnym ataku nuklearnym na ChRL. Co ważne, Rosjanie zabrali Chińczykom terytorium o wielkości 1,5 mln km kw. I w duszy prawdziwego chińskiego patrioty ten problem tkwi do dziś. Chińczycy o tym głośno nie mówią, bo nie chcą Rosji straszyć i mobilizować. Ale dla nich rachunek historycznych krzywd nie został wyrównany.
—rozmawiał Łukasz Lubański