Powołanie Planu Petru spotkało się z kpiącymi uwagami komentatorów i złośliwymi ocenami politycznych przeciwników. Ale inicjatywa byłego lidera Nowoczesnej ma sens. Zwłaszcza z punktu widzenia interesu jego pomysłodawcy.

Narzędzie polityczne

Ryszard Petru poniósł bolesną porażkę w walce z Katarzyną Lubnauer. Został pozbawiony funkcji szefa partii, która do niedawna jeszcze nosiła jego imię w nazwie. Reagował na to nerwowo i kapryśnie. Ale akurat Plan Petru (PP) nie jest tego przykładem. To nieźle zaplanowana inicjatywa mogąca jej założycielowi przynieść konkretne polityczne profity.

Nie przywiązujmy się za bardzo do deklaracji Petru ani nawet do zawartych w PP konkretnych pomysłów: nie mają one najmniejszego znaczenia. Pomysłem byłego lidera Nowoczesnej jest bowiem stworzenie takich narzędzi, które pozwolą mu na pozostanie w polityce, wzięcie udziału w jednoczeniu się opozycji, uniezależnienie się od Lubnauer i udział we władzy po 2019 roku. Co bowiem Petru tak naprawdę osiąga, zakładając nowe stowarzyszenie? By-passuje Lubnauer i uniezależnia się od jej łaski i niełaski. Poziom zaufania między nimi jest dzisiaj zerowy i Petru nie ma pewności, czy w przyszłych układankach pomiędzy Nowoczesną a PO obecna jego szefowa okaże się wobec niego miła i uwzględni go w parytetach na listach zjednoczonej opozycji. Nawet jeśli przez następne miesiące składałby hołdy lenne Lubnauer, to i tak na koniec byłby zdany na wynik jej rozmów z Grzegorzem Schetyną. Powołując PP, upodmiatawia się, wyrąbuje sobie własne miejsce w tej opozycyjnej układance, buduje się samodzielnie.

Świetnie rozumie to Lubnauer, która z trudno ukrywaną niechęcią przyjęła ruch Petru, ale nie za bardzo ma pole manewru. Nie może przecież zakazać członkom swej partii zakładania stowarzyszeń i działań w sferze społecznej. Ale doskonale zdaje sobie sprawę, że to akt wobec niej wrogi: od dziś były lider Nowoczesnej będzie mógł zwoływać konferencje prasowe, organizować seminaria, chodzić do mediów nie jako członek partii, ale jako przewodniczący stowarzyszenia PP, a Lubnauer będzie mu mogła zrobić tyle, co kierownikowi szatni.

Ale w dłuższej perspektywie jego działalność nie musi szkodzić Nowoczesnej – PP nie będzie uwzględniany w sondażach partyjnych, nie wystawi list w wyborach do samorządu czy europarlamentu. Będzie jednak obecny w sferze publicznej i będzie szkodzić PiS i nieco podszczypywać PO. Jeśli Lubnauer nie zareaguje agresją i nie będzie dążyć do konfrontacji z Petru, może się na koniec okazać, że to ona i jej partia mogą stać się konsumentami aktywności pomysłodawcy PP.

Jasne bowiem jest, że dziś już nikt nie ma wątpliwości, iż liderem opozycji jest Schetyna i że dojdzie do wystawienia wspólnych list przeciw PiS w elekcji parlamentarnej 2019 roku. Szef PO, któremu wszyscy odmawiali miesiącami charyzmy, okazał się najsprytniejszym graczem i dziś nikt już nie macha mu przed oczami nazwiskami Kijowskiego czy Petru jako tymi, którym winien on ustąpić. W całej opozycji, poza partią Razem, panuje dość powszechna zgoda, że jeśli Jarosław Kaczyński ma odejść na polityczną emeryturę, to musi się to dokonać pod przywództwem Schetyny (chyba żeby do polskiej polityki wrócił Donald Tusk). Obecnie toczą się jedynie targi o to, na jakich warunkach mają być zbudowane wspólne listy zjednoczonej opozycji – wybory samorządowe w tym roku oraz europejskie w przyszłym będą prawdziwym testem mającym pokazać realną siłę poszczególnych ugrupowań.

Na własnych warunkach

Nadchodząca elekcja samorządowa może pokazać siłę PSL oraz SLD i dlatego Władysław Kosiniak-Kamysz oraz Włodzimierz Czarzasty chcą w niej iść pod własnymi szyldami; wybory do Parlamentu Europejskiego z kolei są świetną okazją dla Nowoczesnej do udowodnienia, że jest to licząca się siła, która może (w tej jakby skrojonej pod nią elekcji) osiągnąć nawet 10 proc. Dopiero po maju 2019 roku zaczną się rzeczywiste i finalne rozmowy o kształcie list zjednoczonej opozycji.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Petru chce w nich brać udział na własnych warunkach. Nie chce liczyć na to, co zaoferują mu łaskawie Schetyna z Lubnauer. Do tego czasu ma zamiar stworzyć obecną medialnie, choć nie w terenie, platformę do prezentowania własnych wizji i zaznaczania swej istotności. Czynienie z tych prób żartów jest dowodem niezrozumienia polityki. Ryszardowi Petru wszystko szło do pewnego czasu łatwo – łatwo stworzył Nowoczesną, łatwo przebijał się do mediów, łatwo wszedł do Sejmu. Tak było do czasu wyprawy na Maderę. Potem już nic mu się nie udawało. Finałem tego okresu było pozbawienie go przywództwa w „jego" partii.

Ale właśnie od tego czasu zaczął wreszcie ciężko pracować. Otrząsnął się z szoku i walczy. Stworzenie PP jest dowodem, że ma na siebie pomysł i że mu się chce. Dotknął dna. Próbuje się od niego odbić. Czy mu się uda, to inna sprawa, ale warto dostrzec, że ma wolę, determinację oraz plan. Plan Petru.

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim