Korespondencja z Brukseli

Unijny sąd zajmie się praworządnością w Polsce. Ale nasz kraj nie jest już osamotniony wśród państw pod pręgierzem UE. Coraz głośniejsza jest krytyka Węgier oraz Rumunii.

Unijna Rada, czyli ministrowie państw członkowskich, po raz drugi wysłuchała we wtorek ministra Konrada Szymańskiego i jego ekspertów w sprawie praworządności.

Dla Polski to nie jest komfortowa sytuacja, bo musi swoim partnerom odpowiadać na oskarżenia o brak praworządności. Polscy dyplomaci mieli nadzieję na jedno wysłuchanie, ale odbyły się już dwa i wcale nie jest powiedziane, że to koniec upokorzeń.

Wywiad przeczytany

W środę Frans Timmermans mówił, że sytuacja sądownictwa w Polsce wygląda gorzej niż w lipcu (gdy odbywało się pierwsze wysłuchanie), bo rząd spieszy się z wymianą sędziów, a ci niepokorni, czyli zadający pytania prejudycjalne do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, są zastraszani.

Czytaj także: Jak działa najsilniejsza broń KE - co grozi Polsce

 

Komisję poparło kilkanaście państw członkowskich, pytały Polskę i o zmiany w sądownictwie, i o ewentualne wykonywanie wyroków unijnego sądu. Widać, że wywiad z wicepremierem Jarosławem Gowinem, który zapowiedział nierespektowanie niekorzystnych dla rządu wyroków, został uważnie przeczytany w innych unijnych stolicach.

Biorąc pod uwagę szybkie działania rządu, obecnie znacznie pilniejsze niż procedura w unijnej Radzie jest postępowanie przed unijnym sądem. Są tam już pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego i dwóch sądów okręgowych, a w środę Komisja Europejska chce tam jeszcze skierować wniosek ze swojej procedury o naruszenie unijnego prawa zapisem ustawy o skróceniu kadencji sędziów już orzekających w SN.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Komisja Europejska, kierując skargę do sądu w Luksemburgu, może jednocześnie, i najprawdopodobniej to zrobi, poprosić o zastosowanie tzw. środków tymczasowych. Czyli wstrzymanie działania zaskarżonych przepisów ustawy do czasu wydania orzeczenia, pod groźbą naliczanych dziennie kar finansowych.

Tak zrobiła w przypadku wycinki Puszczy Białowieskiej i sąd przychylił się do jej wniosku. Między datą wpłynięcia skargi KE a decyzją o środkach tymczasowych minęło sześć dni. To oznacza, że w ciągu jednego–dwóch tygodni unijny sąd mógłby zawiesić proces wysyłania sędziów SN na wcześniejszą emeryturę. To jedyny w tej chwili instrument, który może powstrzymać zmiany dokonywane przez PiS.

Negatywne skutki dla Polski

Rząd musi więc zmagać się z oporem UE na dwóch frontach: politycznymi i prawnym. Zablokowanie ustawy o SN jest możliwe tylko na tym drugim, bo Trybunał Sprawiedliwości zadziała szybciej i nie będzie brał pod uwagę kalkulacji politycznych.

W procesie politycznym, czyli na forum unijnej Rady, będziemy mieli natomiast do czynienia z trwającymi kolejne miesiące debatami, które na pewno nie skończą się sankcjami w postaci zawieszenia prawa głosu lub wstrzymania unijnych funduszy. Do tego bowiem potrzebna jest jednomyślność, a przynajmniej Węgry oraz pewnie jeszcze kilka innych państw naszego regionu sprzeciwią się im.

Ale skutki dla Polski będą negatywne, bo na trwałe osłabia to zdolność Polski konstruktywnego działania na scenie unijnej w sprawach dla niej ważnych.

W szerszym kontekście doświadczenie z Polską, a także z Węgrami, zmieni na trwałe sposób myślenia o wartościach fundamentalnych. Wydawało się, że w krajach, które spełniły kryteria wejścia do UE, praworządność jest gwarantowana i niepotrzebne są żadne procedury zmuszające państwo członkowskie do jej przestrzegania.

Najpierw z powodu Węgier przyjęto procedurę wstępną ochrony praworządności, która miała poprzedzać uruchomienie artykułu 7 unijnego traktatu. Zastosowano ją po raz pierwszy wobec Polski, podobnie jak po raz pierwszy zastosowano artykuł 7. Kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia, żeby artykuł 7 uruchamiać, nazywany był on opcją atomową: czyli istnieje po to, żeby nie musiał być używany. Został jednak uruchomiony wobec Polski, a teraz również – na wniosek Parlamentu Europejskiego – wobec Węgier. A to nie musi być koniec.

Na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w październiku eurodeputowani bedą debatować o praworządności w Rumunii, gdzie ogranicza się niezależność sędziów i prokuratorów, żeby zniechęcić ich do badania przypadków korupcji wśród polityków. Znaczące jest, że o debatę w tej sprawie poprosiła grupa socjaldemokratyczna, do której należy partia rządząca w Rumunii.

Do tej pory wydawało się, że rządy trzymające z partiami głównego nurtu są bezpieczne, bo chadecy i socjaliści rozpostarli nad nimi parasol ochronny. Jednak głosowanie nad sytuacją na Węgrzech, gdzie większość rodzimej dla Orbána grupy chadeckiej, w tym jej niemiecki lider Manfred Weber, zagłosowała za uruchomieniem artykułu 7, pokazało, że cierpliwość jednak się kończy.

Wcześniej socjaliści krytykowali chadeków za obronę Orbána, chadecy rewanżowali się wytykaniem win rumuńskich. Gdy chadecy zagłosowali przeciw Orbánowi, to jeszcze tego samego dnia lider socjalistów Udo Bullman poprosił o debatę w sprawie Rumunii.

Coraz większa determinacja

Fakt, że inni dołączają do grona krytykowanych za naruszanie praworządności, nic dobrego Polsce nie wróży. Co prawda zwiększa grupę rządów niechętnych do głosowania za sankcjami wobec Polski, bo sami mogliby być narażeni na to samo.

Ale jednocześnie zwiększa determinację Komisji Europejskiej oraz państw krytycznych wobec Polski, z Europy Zachodniej i Północnej, znalezienia skutecznych środków ochrony praworządności w przyszłości.

W tej sytuacji połączenie wypłat z przyszłego unijnego budżetu po 2020 roku z przestrzeganiem praworządności jest właściwie przesądzone. Co prawda do przyjęcia wieloletniego budżetu potrzebna jest jednomyślność, ale to Polska i kraje biorcy netto mają większy interes w tym, żeby budżet przegłosować.