Lada dzień kończy pan 90 lat, dziś uroczystości jubileuszowe. Czy opisywanie piękna sportu z pana perspektywy, a więc z perspektywy przedwojennej, ma dziś jakiś sens?

Bohdan Tomaszewski:

Dostrzegam, że tym pytaniem jestem kierowany w pewien banał czy patos, ale ulegnę. Tak, dla mnie historia jest decydująca i wpływa na przyszłość. I dlatego powtarzam tę myśl młodym ludziom, dla których ważne są tylko bieżące korzyści materialne. Sport też jest ciągłym naśladowaniem przeszłości, w niej znajdujemy prawdziwą wielkość i postacie niedościgłe dla współczesnych. Adam Małysz był niezwykłym skoczkiem, z całym szacunkiem, ale nie dogoni Janusza Kusocińskiego, Haliny Konopackiej czy Ignacego Tłoczyńskiego.

Stał się pan łącznikiem sportu z kulturą, często kulturą wysoką, pisał i mówił pan, nawiązując do Herberta, Słonimskiego, Dygata czy Holoubka. Rower był zaczarowany, mecze romantyczne. Czemu dziś tak trudno o ten związek?

Sen o szkockiej orkiestrze - wywiad z Bohdanem Tomaszewskim na 80. urodziny dziennikarza

Miałem dużo szczęścia, że byłem tak blisko wielkich polskiej literatury i sceny, że wiele się od nich nauczyłem, nie tylko posługiwania się polszczyzną, ale także pełnego, szerokiego spojrzenia na świat. Sądzę, że obecnie tego brakuje. Wina leży zarówno po stronie ludzi sportu, jak i kultury.

Wciąż pan uważa, że sport jest demokratyczny i sprawiedliwy?

To może kolejny z paradoksów, ale wydaje mi się, że przed wojną i nawet w czasach PRL tej demokracji było więcej. Weźmy tenis. Książę Czetwertyński, córka kortowego Jadzia Jędrzejowska, Tłoczyński – chłopak z Poznania, Czesław Spychała, z którego na Agrykoli zrobili dżentelmena i nauczyli angielskiego tak, że potem kierował turniejem wimbledońskim – to były postacie tej samej opowieści.

Jak pan ze swymi przedwojennymi korzeniami i wojenną młodością znajduje się we współczesności?

Wiem, że nie można uciec od zmian i wymagań czasu, ale czuję się coraz bardziej obco. Doskwierają mi przemiany obyczajowości i coraz bardziej odległe od moich zasady porozumiewania się w ojczystym języku, zwłaszcza w telewizji.

A jak ocenia pan dziennikarstwo sportowe w 2011 roku?

Wciąż widzę, że jest to cudowny zawód dla kogoś, kto rozumie i szanuje sport. Jak każdy z odchodzącego pokolenia wiem, że nie byłoby rozumne, gdybym krytykował następców, choć potrafię, jak każdy, być przykry. Wychowanie i gust jednak mnie hamują. Mogę natomiast powiedzieć z przekonaniem do kolejnej generacji: koledzy, stać nas na więcej! Tyle wystarczy.