TVP ogłosiła, że 5 maja – trzy dni przed ciszą wyborczą – zorganizuje debatę wszystkich kandydatów do prezydentury. To trudna sytuacja dla Bronisława Komorowskiego, który jako faworyt wyborów nie ma ochoty na debatowanie z konkurentami.
Wcześniejsze wezwania do debaty, głównie ze strony Andrzeja Dudy z PiS, prezydent mógł ignorować, przekonując, że to polityczne zagrywki. Jeśli jednak telewizja publiczna, która wszak ma prawny obowiązek równej prezentacji wszystkich kandydatów, organizuje debatę, wykręcenie się od udziału w niej jest znacznie większym ryzykiem. Na Komorowskiego będzie czekał w studiu pusty fotel, a to źle wygląda.
Oficjalnie sztabowcy prezydenta tłumaczą, że debata ze wszystkimi konkurentami – a jest ich dziesięcioro – nie pozwoli zaprezentować poglądów Komorowskiego. Nieoficjalnie obawiają się utraty poparcia, jeśli coś pójdzie nie po ich myśli.
W ten sposób TVP – kontrolowana w znacznej mierze przez ludzi Komorowskiemu życzliwych – postawiła prezydenta w trudnej sytuacji. Nawet jeśli na debatę nie przyjdzie, konkurenci go nie oszczędzą. Jego prezydentura będzie bez wątpienia jednym z najczęściej poruszanych w niej tematów.
Dlaczego Komorowski nie chce debaty, do której wszak politycy PO nieraz wzywali swych konkurentów z PiS, z Jarosławem Kaczyńskim na czele? Debata oznaczałaby, że Komorowski musi wreszcie dostrzec konkurencję – a jego kampania opiera się na jej ignorowaniu. Prezydent obawia się także, że spotkanie ze wszystkimi kandydatami przeistoczyłoby się w zjednoczony atak na niego i ośmioletnie rządy Platformy, wedle sportowej zasady „bij mistrza".
Wejście w konfrontację, cięta riposta, odpowiedź atakiem na atak – to nie są silne strony Komorowskiego. W dodatku telewizyjne starcie śledzone przez miliony wyborców burzyłoby przekaz, na jakim oparta jest i jego kampania, i cała prezydentura – unikanie starć i konfliktów. Dlatego właśnie sztabowcy Komorowskiego zdecydowali, że prezydent nie weźmie udziału w debacie, bo koszty pustego fotela są mniejsze niż fotela zajętego.
Broniący swego stanowiska prezydenci nie mają interesu w debatach, bo to może się dla nich źle skończyć. W 1995 r. starający się o reelekcję prezydent Lech Wałęsa zgodził się na debatę z pretendentem Aleksandrem Kwaśniewskim, co przesądziło o jego porażce. Pięć lat później Kwaśniewski uniknął debat z konkurentami, bo wygrał w pierwszej turze. W taki wariant wciąż wierzy Komorowski. A co się stanie, jeśli dojdzie do drugiej tury wyborów? – Druga tura prawie na pewno będzie – mówi nam jeden ze strategów Komorowskiego. – Przed drugą turą prezydent zgodzi się na debatę z Dudą.