Konkretnie chodzi o to, że w samolotach irlandzkiego przewoźnika nie są one w stanie dopiąć pasów bezpieczeństwa i brakuje im zazwyczaj kilku dobrych centymetrów.

— Nie biorą pod uwagę faktu, że średni rozmiar ubrań, jaki obecnie noszą Brytyjki, to już nie 12 czy 14, ale 16, czyli europejskie 48. Kiedy leciałam z Glasgow do Cork, pas cały czas mnie dusił. Rozciągnęłam go maksymalnie, ale i tak o dobre kilka centymetrów był za krótki i mocno wpijał mi się w ciało. Gdyby pas był nawet odrobinę krótszy, musiałabym prosić załogę o przedłużacz. No dobrze, nie mam złudzeń, rzeczywiście jestem „większą kobietą”, ale gdyby na moim miejscu usiadł ktoś jeszcze większy, to miałby duży problem. Cała sytuacja była dla mnie bardzo frustrująca — napisała blogerka Katie Higgins, która określa siebie jako „pełną 16”. W ciągu kilku minut po oblikowaniu postu na Facebooku dostała ponad 400 lajków.

Takie przedłużacze są zawsze dostępne na pokładzie i stewardesy bez pytania przynoszą je np. rodzicom podróżującym z bardzo małymi dziećmi, które przez cały rejs siedzą im na kolanach. Standardowy pas jest wówczas niewystarczający, bo musi wystarczyć do zabezpieczenia osoby dorosłej i dziecka.

Czytaj więcej

Pierwsza linia w Europie ze strefą bez małych dzieci w samolocie

Wpis Katie Higgins rozpętał dyskusję w mediach społecznościowych. Odezwało się wiele innych kobiet, które przyznały, że w podróż samolotem Ryanaira, ale także i innymi liniami, zabierają ze sobą własne przedłużacze. Dlaczego nie proszą o nie na pokładzie? To proste: bo się wstydzą.

Sama Katie Higgins nie ukrywa, że jest zdołowana przygodą z Ryanairem, bo ostatnio przeszła na dietę, straciła ponad 12 kg, właśnie aby zejść do brytyjskiej średniej, czyli rozmiaru „16”. A to i tak nie wystarczyło, aby miała komfortową podróż. Jednocześnie oskarża Ryanaira, że promuje „fatfobię”, czyli gnębi ludzi, którzy są bardziej przy kości.

„Moim zdaniem krótkie pasy bezpieczeństwa w Ryanairze mogą u niektórych pasażerów nawet spowodować zaniżone poczucie własnej wartości i zaburzenia zdrowia psychicznego" — napisała Katie Higgins.

Blogerka zwraca także uwagę na to, że pasy bezpieczeństwa w samolotach są rzeczywiście „pasami bezpieczeństwa”. I nie spełnią swojej roli, jeśli pasażer o większej tuszy nie jest ich w stanie zapiąć. Jej zdaniem linie lotnicze powinny wziąć sobie jej uwagi do serca, a osoby krytykujące ważących więcej, zamiast to mówić, powinny w ich imieniu domagać się także większych foteli w samolotach.

Kate Higgins przyznaje, że dotychczas nie skontaktowała się jeszcze z Ryanairem, bo i tak nie otrzymałaby odpowiedzi. Jej zdaniem znacznie skuteczniej jest rozkręcić kampanię w mediach społecznościowych. Bo problem nie dotyczy wyłącznie Brytyjczyków i wyłącznie irlandzkiego przewoźnika.