Gość przyznał, że Ubera trzeba pokonać. - Żaden monopol nie jest dobry. Jednak na pewno nie jest to łatwe zadanie - mówił Kartsel.
Taxify to firma rodem z Estonii, która działa podobnie do Ubera. Weszła na polski rynek końcem ubiegłego roku. Teraz następuje „ponowne” wejście.
- Taxify nigdy nie przestał działać, ale firma się nie rozwijała. Czekaliśmy na transzę inwestycyjną od chińskiego Didi, największego potentata na rynku przewozów – tłumaczył gość.
Przyznał, że Chińczycy nie są do końca ich udziałowcem. - To jest pewnego rodzaju inwestycja. Taxify posiada niezależność w podejmowaniu decyzji. To nie jest tak, że Chińczycy mówią nam co mamy robić, tylko umożliwiają realizację celów – mówił.
- Z tego, co wiem nie są formalnie akcjonariuszem. Również kwota inwestycji nie została ogłoszona. Są spekulacje o 8 cyfrowych liczbach w dolarach – dodał.
Kartsel zaznaczył, że Taxify działa już w 19 krajach.
- W zeszłym tygodniu wystartowaliśmy we Francji. W Południowej Afryce, Kenii, Meksyku i krajach bałtyckich jesteśmy numerem 1 – podał.
Drugie wejście wiąże się ze zmianą strategii.
- W 2016 r. weszliśmy do kilku miast w Polsce, co nie do końca było dobre. W tym momencie skupiamy się tylko na Warszawie – zaznaczył.
Kartsel przyznał, że Taxify to usługa bardzo podobna do Ubera.
- Jedną z najważniejszych naszych zalet jest taka, że pobieramy od kierowców tylko 15 proc. prowizji (Uber 25 proc.) - mówił.
- Mamy kilka tysięcy zarejestrowanych kierowców. Nie wszyscy jeżdżą codziennie, bo część sobie tylko dorabia. - dodał.
Taxify co tydzień notuje kilkunastoprocentowy wzrost.
- W najbliższych kilku miesiącach chcemy mieć 20 proc. udziału w rynku warszawskim przewozów przez aplikację – prognozował gość.
- W przyszły roku myślimy wejść do innych dużych miast jak Kraków, Gdańsk, Katowice, Poznań czy Wrocław – dodał.
Rok temu Taxify w ciągu 2-3 lat chciał być numerem 1 w regionie.
- Dalej mamy takie plany. Sporo zależy od tego jak będzie wyglądało prawo w poszczególnych krajach. Cała Europa dzieli się na dwie grupy. Jedni legalizują to w odpowiedni sposób, inni, jak Węgry, utrudniają i próbują to ograniczyć z niewiadomych przyczyn – zauważył Kartsel.
Przyznał, że w Polsce projekt ustawy o transporcie drogowym jest bardzo kontrowersyjny.
- Wprowadza kilka ograniczeń, które uderzą prosto w nas czy Ubera. Niektóre z nich są absurdalne. Projekt zakłada m.in. ustalanie ceny na tego typu usługi przez radę miasta – tłumaczył.
- Drugim ryzykiem jest plan wprowadzenia licencji dla pośredników. Wiąże się to z wymaganiami, które chce postawić nam rząd, a nie do końca możemy to kontrolować. Kierowcy to są inne podmioty gospodarcze, nie jesteśmy w stanie ich skontrolować. My jesteśmy tylko aplikacją umożliwiającą łączenie pasażerów z kierowcami – dodał.