Jakub Żulczyk („pisarz, autor powieści „Zrób mi jakąś krzywdę”) w felietonie zatytułowanym „Jezus na rowerze” błaga o przejechanie kota, bo umiera z nudów, gdy ogląda serial o ojcu Mateuszu.

O ty Żulczyku – pomyślałem – kota będziesz mordował, bo ci krwi na ekranie jeszcze za mało? Niedoczekanie twoje. „Czy w życiu przeciętnego Polaka proboszcz jest tak ważny, że jeśli już doczekaliśmy się naszego supermena, to musiał on nosić koloratkę?” – stawia pisarz fundamentalne pytanie.

To ja mu przypomnę, że mieliśmy już supermenów w mundurze Abwehry, w czapce czołgisty, w sweterku Milicji Obywatelskiej, w kamizelce karpackiego zbójnika i w czym tylko się chce. A Żulczykowi akurat koloratka przeszkadza. I koty.

Dalej pisze tak: „Ojciec to anioł połączony z Jezusem, osobnik nieskończenie mądry, nieskończenie skromny, zawsze uczynny, o sercu wielkości centrum Warszawy, odtrącający wszystkie cielesne pokusy, chociaż maślane oczy kierują na niego parafianki i gosposia”. Skoro ksiądz nie uprawia seksu z gosposią, do d... z takim serialem – zdaje się mówić autor. Sam zresztą przyznaje, że przez całe „Archiwum X” czekał „aż Mulder w końcu prześpi się ze Scully”.

No tak, „Ojciec Mateusz” to rzeczywiście nie jest film dla Żulczyka. Ale, uwaga, „ja będę – pisze – oglądał dalej, czekając aż tytułowy ojciec po prostu zgrzeszy”. Czyli „przejedzie chociaż kota”.

Niech się Żulczyk cieszy, że jego odezwa nie ukazała się przed świętami, bo jakby moje koty, które w noc wigilijną nie tylko mówią ludzkim głosem, ale i robią sobie przegląd prasy, odpisały Żulczykowi, to by się chyba zapadł pod ziemię.

Rok mamy nowy, więc i radę mam noworoczną. Niech sobie Żulczyk sprawi kota, najlepiej ze schroniska. Po pierwsze zacznie go odróżniać od worka ziemniaków, po którym – jakby chciał – może rowerem jeździć nawet bez trzymanki. Po drugie – zobaczy, jak dzieci dobrze reagują na kota. Pod warunkiem, rzecz jasna, że wcześniej nie czytały tekstu Żulczyka.