Widać to wyraźnie w niedawnym sondażu przeprowadzonym dla jednego z ogólnopolskich dzienników. Ponad połowa badanych poparła ograniczenie stosowania EU ETS nawet za cenę napięć z Unią, zredukowania dostępu do funduszy czy utrudnień dla polskich firm na rynku europejskim. Sam taki wynik nie oznacza jeszcze, że większość społeczeństwa świadomie opowiada się za konfliktem z UE. Pokazuje jednak coś bardzo niepokojącego: przy tak postawionej debacie wielu obywateli zaczyna postrzegać EU ETS tylko jako koszt i to koszt oderwany od szerszej logiki wspólnego rynku i członkostwa. W ten sposób w debacie publicznej zbudowano fałszywą alternatywę: tania energia albo Europa.

Bo fałszywe jest wnioskowanie, że Polacy masowo odrzucili racjonalną transformację. Problemem jest to, że przez lata o EU ETS opowiadano im nie jako o elemencie wspólnego rynku, mechanizmie modernizacyjnym i źródle środków na transformację, lecz jako zewnętrznym, narzuconym z Brukseli koszcie, niemal osobnym „podatku”, który odpowiada za całe zło wysokich rachunków. Jeżeli społeczeństwo przez długi czas słyszy, że winny jest „brukselski ETS”, to wcześniej czy później zaczyna wierzyć, że wystarczy z nim zerwać, a problem zniknie. Tyle że to wygodna opowieść politycznie, ale gospodarczo i prawnie bardzo wątpliwa.

Czym jest EU ETS

Najpierw warto uporządkować fakty. EU ETS nie jest luźnym dodatkiem do polityki UE, który można sobie jednostronnie „wyłączyć”, pozostając w pełni w tym samym porządku rynku wewnętrznego. To rdzeń wspólnego europejskiego porządku regulacyjnego w obszarze emisji: system typu cap-and-trade, w którym obowiązuje malejący limit emisji, uprawnienia są w większości sprzedawane na aukcjach i mogą być przedmiotem obrotu, a cena emisji staje się sygnałem inwestycyjnym dla firm.

System działa we wszystkich państwach UE, a także w Norwegii, Islandii oraz Liechtensteinie i obejmuje energetykę, przemysł, lotnictwo, a od 2024 r. także transport morski. Jest osadzony w prawie unijnym i powiązany z szerszą architekturą rynku wewnętrznego, jest również powiązany ze szwajcarskim systemem ETS. Z tego właśnie wynika zasadniczy wniosek, że jednostronne „ograniczenie ETS” przez państwo członkowskie nie byłoby zwykłą decyzją polityczną, lecz wejściem w kolizję z prawem unijnym i logiką wspólnego rynku, a postulaty tego typu mają charakter uproszczenia, które nie wytrzymuje konfrontacji z realiami prawa i rynku.

Jak jest alternatywa dla ETS

Jeszcze ważniejsze jest jednak coś innego. W zintegrowanej gospodarce europejskiej alternatywą dla ETS nie jest „brak kosztu emisji”. Alternatywą jest zwykle inna, często mniej korzystna forma zetknięcia się z tą samą logiką cenową. Widać to najlepiej na przykładzie krajów spoza UE.

Norwegia, Islandia i Liechtenstein funkcjonują w EU ETS. Szwajcaria połączyła swój system z unijnym, co ciekawe, same negocjacje tego procesu zajęły 10 lat. Wielka Brytania po brexicie stworzyła własny UK ETS, ale równocześnie wraz z UE pracuje nad ich połączeniem, a brytyjski rząd otwarcie wskazuje też, że takie powiązanie może pomóc w unikaniu kosztów związanych z CBAM („cło węglowe”, czyli unijny mechanizm dostosowania cen towarów  importowanych do UE, z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla przy ich produkcji – red.). To pokazuje rzecz fundamentalną: w gospodarce silnie związanej z rynkiem europejskim nie istnieje realna alternatywa w postaci „ucieczki od ceny emisji”. Istnieją jedynie różne sposoby ponoszenia podobnych kosztów, bardziej lub mniej przewidywalne i bardziej lub mniej korzystne. Innymi słowy, państwa nie uciekają od logiki cen emisji, lecz szukają sposobu, by uczynić je bardziej przewidywalnymi.

Dostęp do rynku UE spleciony z kosztami emisji

To prowadzi do dekonstrukcji kolejnego złudzenia. Część debaty w Polsce sugeruje, że można zbudować politykę „tańszej energii” poprzez antagonizowanie obywateli wobec UE i ETS, jakby głównym źródłem problemu była sama przynależność do wspólnych reguł. Tymczasem od 2026 r. CBAM wchodzi w fazę, w której jego wdrażanie jest powiązane z wygaszaniem darmowych uprawnień do emisji w systemie EU ETS w sektorach objętych tym mechanizmem.

Oznacza to, że koszt emisji i dostęp do rynku europejskiego są coraz mocniej splecione. Dla kraju tak silnie zintegrowanego z handlem unijnym oznacza to, że spór o politykę klimatyczną przestaje być wyłącznie sporem o regulację środowiskową. Staje się także sporem o warunki konkurencji, inwestycji i eksportu. Im bardziej ktoś sprzedaje opinii publicznej iluzję, że można odrzucić wspólne reguły, a zachować wszystkie korzyści integracji, tym bardziej prowadzi obywateli na manowce.

Czy potrzebne są korekty polityki klimatycznej

Nie znaczy to oczywiście, że obecny kształt polityki klimatycznej nie wymaga korekt. Wymaga – i to poważnych. Ale czym innym jest domaganie się reformy EU ETS, większej przewidywalności, lepszego uwzględniania struktury krajowych miksów energetycznych czy skuteczniejszego łagodzenia kosztów pośrednich, a czym innym polityczne wmawianie obywatelom, że realnym rozwiązaniem jest „wyjście” z mechanizmu, od którego zależy coraz większa część warunków konkurencji na rynku europejskim. To pierwsze jest poważną polityką państwa. Drugie jest skrótem retorycznym, który może dawać chwilowy zysk polityczny, ale długofalowo produkuje społeczne rozczarowanie i strategiczną dezorientację.

Miliardy z ETS dla Polski

Warto przy tym pamiętać, że EU ETS nie jest wyłącznie mechanizmem kosztowym. Jest również źródłem istotnych środków publicznych, które w założeniu mają wspierać transformację energetyczną i łagodzenie jej skutków. Polska sprzedała w 2025 r. 52,532 mln uprawnień EUA, uzyskując z tego tytułu ok. 3,851 mld euro przychodu. Łącznie w latach 2013-2025 sprzedaż 851,366 mln uprawnień przyniosła Polsce 31,585 mld euro.

Z perspektywy budżetu państwa odpowiedź jest więc dość prosta: system EU ETS zapewnia Polsce realne, wielomiliardowe wpływy. Jeśli mimo to system stał się w oczach wielu obywateli symbolem niesprawiedliwości, to znaczy, że zawiodła polityka – zarówno europejska, jak i krajowa. Nie wystarczy bowiem stworzyć ekonomicznie racjonalnego instrumentu. Trzeba jeszcze sprawić, by społeczeństwo widziało jego logikę, cel i praktyczne korzyści. A z tym Europa i Polska mają wyraźny problem.  Potwierdzają to najnowsze badania europejskie.

Kto decyduje o polityce klimatycznej

Opublikowane w „Nature Climate Change” badanie oparte na ankiecie przeprowadzonej w 13 państwach członkowskich UE na próbie 19 328 osób pokazuje, że o losie polityk klimatycznych nie decydują dziś głównie twardzi zwolennicy ani twardzi przeciwnicy. Kluczowa jest szeroka grupa pośrodku, tzw. conditional middle, stanowiąca około jednej trzeciej respondentów. O poparciu tej grupy nie decyduje trwała ideologia, lecz konstrukcja instrumentu oraz odczuwany bilans kosztów i korzyści. Autorzy pokazują zarazem, że największą barierą akceptacji są koszty, a nawet niewielkie przesunięcie tej grupy z niepewności ku poparciu radykalnie zwiększa polityczne szanse dla polityk klimatycznych.

To bardzo ważna lekcja także dla Polski. Ludzie nie odrzucają automatycznie polityki klimatycznej jako takiej. Odrzucają politykę, która jawi im się jako kosztowna, sztywna, niesprawiedliwa i źle wytłumaczona. Tam, gdzie polityki są projektowane jako wsparcie dla zmiany – z ulgami, osłonami i widocznymi korzyściami - ich akceptacja rośnie. Tam, gdzie przybierają postać zakazu lub obciążenia natychmiast odczuwanego w portfelu, poparcie spada. Obywatele znacznie lepiej reagują na instrumenty ułatwiające zmianę niż na instrumenty, które są odbierane wyłącznie jako sankcja.

Na co idą pieniądze z ETS

Jeszcze ważniejszy jest inny wniosek. Ludzie chętniej akceptują politykę klimatyczną wtedy, gdy widzą, na co idą pieniądze. Preferowane są wydatki na korzyści bezpośrednio widoczne i szeroko odczuwalne: inwestycje w sieci i modernizację energetyki, zielone technologie, transport niskoemisyjny, ochronę najbardziej wrażliwych gospodarstw domowych czy działania poprawiające bezpieczeństwo energetyczne.

To niezwykle ważna lekcja dla debaty o ETS. Społeczeństwo nie potrzebuje wyłącznie komunikatu, że „ten system działa”. Potrzebuje zobaczyć, gdzie działa, komu pomaga i w jaki sposób ogranicza koszty transformacji w dłuższym okresie. Warto też pokazywać poparte dowodami szersze korzyści z realizacji polityki klimatycznej w kontrze do grających na najniższych emocjach przekazów o „zielonym szaleństwie”.

Dlatego w Polsce spór o ETS jest w rzeczywistości sporem o jakość państwa i jakość politycznego przywództwa. Jeżeli wpływy z EU ETS nie są społecznie czytelne, jeżeli nie przekładają się w odczuciu obywatela na modernizację sieci, bardziej stabilne rachunki, lepszy transport publiczny, czystsze ciepło systemowe czy skuteczniejszą ochronę gospodarstw najbardziej narażonych na koszty zmiany, to cały mechanizm zaczyna być postrzegany jak czysta ekstrakcja. Wtedy bardzo łatwo sprzedać narrację, że „Bruksela zabiera”, a znacznie trudniej wyjaśnić, że realny problem leży także w krajowych opóźnieniach inwestycyjnych, strukturze miksu energetycznego i w sposobie zagospodarowania dostępnych środków.

Jaka jest  odpowiedzialność decydentów

To jednak nie oznacza, że należy bronić status quo. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że EU ETS jest tak ważny, musi być bardziej przewidywalny, lepiej komunikowany i mocniej osadzony w polityce sprawiedliwej transformacji. Potrzebuje większej społecznej legitymizacji, a ta nie powstanie z moralizowania obywateli ani z lekceważenia kosztów. Powstanie wtedy, gdy Europa i państwa członkowskie pokażą, że polityka klimatyczna nie jest projektem przeciw obywatelom, lecz projektem obniżania długookresowych kosztów zależności od paliw kopalnych, importu energii i technologicznego zapóźnienia.

Tu dochodzimy do sedna odpowiedzialności decydentów. Słowa w tej debacie nie są neutralne. Jeżeli politycy miesiącami lub latami przedstawiają EU ETS jako wroga, a Unię jako źródło jednostronnego obciążenia, to nie opisują rzeczywistości – oni ją współtworzą. Produkują oczekiwania, których później nie da się spełnić. Wzmacniają przekonanie, że istnieje prosta ścieżka odzyskania „taniej energii” poprzez polityczny gest odrzucenia wspólnych reguł. A kiedy okazuje się, że takiej ścieżki nie ma, bo gospodarka, handel i regulacje są głębiej splecione, frustracja społeczna rośnie jeszcze bardziej. W ten sposób z pozornie wygodnej narracji o ETS rodzi się realne podkopywanie zaufania do Unii jako całości.

Właśnie dlatego politycy powinni dziś ważyć słowa znacznie uważniej. Odpowiedzialny decydent może krytykować konkretne rozwiązania, domagać się reformy, wskazywać na asymetrie kosztów, bronić interesu krajowego i walczyć o lepsze mechanizmy osłonowe. Ale nie powinien budować politycznego kapitału na sugestii, że można po prostu odciąć się od ETS albo od unijnych reguł, nie płacąc za to wyższej ceny gospodarczej i strategicznej. Taka retoryka może wygrywać jeden cykl medialny, ale przegrywa zdolność państwa do prowadzenia poważnej polityki.

Jakie jest prawdziwe pytanie o ETS

Polska potrzebuje dziś nie mniej debaty o kosztach transformacji, lecz więcej uczciwości w opisywaniu ich źródeł. Potrzebuje także mniej antagonizowania obywateli wobec UE i więcej poważnej rozmowy o tym, jak reformować wspólne mechanizmy tak, aby były bardziej przewidywalne, sprawiedliwe i społecznie akceptowalne. Tym bardziej że bilans polskiej obecności w UE nie sprowadza się do jednego instrumentu, lecz obejmuje dostęp do wspólnego rynku, fundusze, inwestycje, pozycję eksportową i współkształtowanie reguł, od których zależy długookresowa konkurencyjność gospodarki.

Polacy nie muszą pokochać skrótu ETS. Wystarczy, by przestano im wmawiać, że Europa jest źródłem wszystkich kosztów

Bo prawdziwy wybór nie przebiega między „ETS a suwerennością”. Prawdziwy wybór przebiega między odpowiedzialnym współkształtowaniem europejskich reguł a polityką złudzeń, która obiecuje prostą ucieczkę z systemu, z którym i tak pozostaniemy gospodarczo związani.

Prawdziwe pytanie nie brzmi więc: czy Polska ma być „za ETS” albo „przeciw ETS”. Prawdziwe pytanie brzmi: czy chcemy nadal uprawiać politykę resentymentu wobec Unii, czy wreszcie politykę poważnego współkształtowania reguł, od których zależy przyszłość naszej gospodarki. Polacy nie muszą pokochać skrótu ETS. Wystarczy, by przestano im wmawiać, że Europa jest źródłem wszystkich kosztów, a wyjście ze wspólnych reguł – prostą drogą do tańszej energii. Takiej drogi nie ma. Jest tylko wybór między współkształtowaniem zasad a polityką złudzeń.

O autorze

Robert Jeszke

Zastępca dyrektora ds. zarządzania emisjami Instytutu Ochrony Środowiska-Państwowego Instytutu Badawczego, kierownik Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE).