Biały Dom poinformował po rozmowie telefonicznej prezydenta USA Donalda Trumpa z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem, że siły USA "nie będą już znajdować się w bezpośrednim sąsiedztwie" terenów, na których Turcja zamierza przeprowadzić ofensywę.

Celem tej ofensywy są Kurdowie z Powszechnych Jednostek Ochrony (YPG), sojusznicy USA w walce z Daesh w Syrii, których Turcy uważają za terrorystów.

Dotychczas ofensywę Turcji przeciwko Kurdom z SDF uniemożliwiała obecność w tym rejonie wojsk amerykańskich, które były sojusznikiem Kurdów.

Decyzję Trumpa skrytykowała była ambasador USA przy ONZ. Zdaniem Nikki Haley decyzja Trumpa oznacza, że USA "pozostawiają swoich kurdyjskich sojuszników na śmierć".

Krytycznie o decyzji Trumpa wypowiedzieli się również Demokraci, jak i Republikanie. W związku z tym amerykański prezydent zaczął wycofywać się ze swojej deklaracji, choć nie przedstawił żadnej czerwonej linii, która mogłaby uchronić kurdyjskich sojuszników.

"Jeśli Turcja zrobi cokolwiek, co ja w swojej wielkiej i niezrównanej mądrości, uznam za niedopuszczalne, całkowicie zniszczę gospodarkę Turcji (już to zrobiłem)" - napisał Trump na Twitterze.

Inni przedstawiciele administracji, wyraźnie zaskoczeni niedzielnym oświadczeniem prezydenta, zapowiedzieli, że Waszyngton nie zgodzi się na długotrwałą ofensywę Turcji. Ich zdaniem może to doprowadzić do destabilizacji w regionie.

- Departament Obrony wyjaśnił Turcji - podobnie jak prezydent - że nie popieramy tureckiej operacji w północnej Syrii - powiedział rzecznik Pentagonu Jonathan Hoffman.

"Kurdowie walczyli z nami, ale zapłacono im za to ogromne sumy pieniędzy i sprzętu. Walczą z Turcją od dziesięcioleci" - pisał wcześniej na Twitterze Trump.

Decyzja Trumpa jest ogromnym ciosem dla Kurdów, którzy nie tylko pomogli powstrzymać terrorystów, ale od lat budują autonomiczne państwo w północno-wschodniej Syrii.