Tym razem prekursorem jest Austria. To pierwszy kraj w UE, który zaczął znosić ograniczenia w życiu społecznym.

– Po trzech tygodniach nie widzimy nagłego wzrostu zakażeń i zgonów – mówi „Rzeczpospolitej" Thomas Czypionka, szef działu polityki zdrowotnej wiedeńskiego Instytutu Nauk Zaawansowanych (IHS). Ale ostrzega: presja opozycji, biznesu jest tak duża, że w wielu krajach tempo powrotu do normalności jest zbyt szybkie. Może ma sens na tym etapie otwierać sklepy, ale już nie szkoły czy bary.

Martin McKee, profesor z Londyńskiej Szkoły Higieny i Chorób Tropikalnych, mówi wprost: – Obawiam się drugiej fali zakażeń, gorszej niż pierwsza. Takie jest doświadczenie poprzednich pandemii, także tej sprzed 100 lat.

Koszty blokady są jednak porażające. Eurostat podał, że w I kwartale tego roku dochód narodowy strefy euro załamał się o 3,8 proc. wobec ostatnich miesięcy 2019 r. To najwięcej, od kiedy zbierane są te dane. II kwartał będzie gorszy, bo większa jego część była objęta blokadą.

Dlatego od poniedziałku Niemcy zezwalają na pracę fryzjerów, znów będą otwarte małe sklepy, a także kościoły i niektóre muzea. Wszystko jednak pod ściśle określonymi warunkami. Kanclerz Merkel ostrzegła, że wskaźnik liczby osób zakażonych przez jednego chorego znów skoczył z 0,7 do 0,96. Jeśli ten trend nie zostanie powstrzymany, niemieckim szpitalom grozi paraliż, nawet już w czerwcu.

We Włoszech liczba zgonów z powodu wirusa skoczyła w niedzielę do 474 osób. Dlatego premier Conte kraj otwiera bardzo ostrożnie. Od 4 maja ruszą budownictwo i przemysł, Włosi będą mogli wyjść z domu, ale tylko w ważnych sprawach i w granicach swojej gminy.

We Francji od 11 maja znoszony jest obowiązek posiadania zaświadczenia zamieszkania przy wychodzeniu z domu, ale tylko w promieniu 100 km. Rząd zgodził się na otwarcie tego samego dnia szkół, ale tylko dla tych uczniów, których rodzice wyrażą na to zgodę. Bardziej od wznowienia lekcji w końcówce roku szkolnego chodzi o umożliwienie powrotu do pracy tym, którzy nie mają z kim zostawić w domu dzieci.

Hiszpanie do 26 kwietnia mogą wychodzić na spacery, ale tylko na godzinę. Teraz premier Sanchez chce poszerzyć zakres swobody. Otwarte będą małe sklepy, zakłady fryzjerskie, a na Wyspach Kanaryjskich i Balearach – także bary, choć pod warunkiem, że klienci zachowają odpowiednią odległość między sobą. Rząd ma nadzieję, że do początku lipca uda się znacznie bardziej uwolnić życie gospodarcze i społeczne. Hiszpania stoi turystyką: w minionym roku przyniosła ona Królestwu 200 mld euro dochodów i zatrudniała co siódmego poddanego Filipa VI. Dlatego jeśli letni sezon zostanie zmarnowany, przyniesie to katastrofę krajowi. Jednak ryzyko drugiej fali zakażeń, o której mówi profesor McKee, jest poważne: w weekend, korzystając z pięknej pogody, tłumy wyszły na ulicę Madrytu i Barcelony, dając wirusowi szanse na nowy oddech.

Plan znoszenia restrykcji w Wielkiej Brytanii Boris Johnson przedstawi 7 maja. Ale tylko 17 proc. Brytyjczyków chce, aby już teraz zaczęły pracować szkoły, a puby przyjmowały klientów. Bo też wirus wciąż zbiera ogromne śmiertelne żniwo. To blisko 30 tys. zmarłych, i to nie uwzględniając znacznej części ofiar w domach spokojnej starości. Sam premier w wywiadzie dla „Sun" opisywał, jak był już jedną nogą na tamtym świecie. Gdy przechodził najgorszą fazę zapalenie płuc, pompowano mu sztucznie „litry i litry" tlenu. Gotowy był też protokół, w którym lekarze mieli ogłosić śmierć szefa rządu.