Fabryka w Pomigliano powstała w 1968 roku dzięki subwencjom rządowym i ustępstwom w ramach walki z bezrobociem. Już po kilku latach ówczesny dyrektor Cesare Romiti nazwał ją kijem włożonym w szprychy koncernu. Pomigliano od początku istnienia dzierżyło i dzierży – pośród wszystkich fabryk Fiata na całym świecie – niechlubny rekord nieusprawiedliwionych nieobecności, zwolnień lekarskich, kradzieży, a nawet aktów sabotażu.

To, że jak podano w zeszłym tygodniu, pracownicy zarabiający o 80 procent więcej niż ich koledzy w Tychach produkują cztery razy mniej, nie jest dziełem przypadku. Gdy Napoli gra mecz ligowy w Neapolu, absencja przy taśmach produkcyjnych sięga 24 procent. Pracownicy, którym przypada wolny weekend, dziwnym trafem są obłożnie chorzy w piątek. Podczas ostatnich wyborów aż 2800 pracowników, czyli ponad połowa, zamiast pracować, zajmowała się polityką, reprezentując listy wyborcze, co jest zgodne z włoskim prawem, ale pokazuje też podejście robotników do pracy. Gdy dochodziło do konfliktów na tle płac czy warunków pracy, jak w momencie narodzin kapitalizmu, by zemścić się na pracodawcy, niszczono maszyny. Często dochodzi do aktów sabotażu. Do legendy przeszły alfy 159 z tapicerką w dwóch różnych kolorach. Drogie narzędzia giną, by pojawić się na neapolitańskich pchlich targach. Na terenie fabryki kwitnie handel narkotykami.

Dwa lata temu dyrektor Sergio Marchionne postanowił reedukować pracowników. 110 milionów euro wydano na specjalne kursy w ramach japońskiego programu World Class Manufacturing i na pomalowanie wszystkich pomieszczeń na przyjazne kolory. 300 najbardziej niezdyscyplinowanych pracowników przeniesiono do megacentrum handlowego w Neapolu, bo w ramach umowy o pracę nie można było ich zwolnić. Jednak poprawiło się niewiele.

Dlatego teraz Fiat uzależnia utrzymanie fabryki i zainwestowanie 700 milionów euro od akceptacji przez wszystkie związki zawodowe umowy, która praktycznie jest dyktatem. Przerzuca na związki koszty absencji i strajków, ułatwia zwolnienia, zmusza do pracy w godzinach nadliczbowych (tak jak pracuje się w Tychach). To zaś, czy można strajkować, praktycznie zależeć ma teraz od pracodawcy. Umowę podpisały wszystkie związki oprócz FIOM, metalowców z największej lewicowej centrali CGIL. Dlatego Fiat zarządził w najbliższy wtorek referendum pośród wszystkich pracowników fabryki i ogłosił, że jeśli umowę poprze mniej niż 80 procent załogi, koncern wycofa się z przedsięwzięcia.

Związkowcy FIOM mówią, że to szantaż, bo pracowników pyta się, czy chcą, czy też nie chcą mieć pracy. Przypominają, że prawo do strajku i zasiłku chorobowego jest niezbywalne i gwarantowane przez konstytucję. Wyrażają obawy, że wkrótce ofiarami podobnego dyktatu padną pracownicy Fiata w innych włoskich fabrykach.

Pozytywny wynik referendum jest przesądzony, trudno natomiast przewidzieć, czy w stopniu, jakiego oczekuje Fiat. Zamknięcie fabryki w Pomigliano oznaczałoby ponad 15 tysięcy bezrobotnych (jeśli wliczyć pracowników firm kooperujących z Fiatem) i realizację planu B – czyli produkowanie pandy w Tychach.