Panujący na Białorusi od 1994 roku Aleksander Łukaszenko mierzy się z największymi w historii kraju protestami.
W niedzielę na ulice Mińska wyszło około 200 tys. osób, które domagały się jego odejścia. Protesty związane są z wynikiem przeprowadzonych 9 sierpnia wyborów prezydenckich, oficjalnie zakończonych zdecydowanym zwycięstwem Łukaszenki. Według większości obywateli, głosowanie zostało sfałszowane, a prezydentem powinna zostać kandydatka opozycji Swietłana Cichanouska.
Podczas swoich 26 lat rządów Łukaszenko dwukrotnie organizował referendum konstytucyjne. Za każdym razem wzmacniało to rolę prezydenta.
W poniedziałek Łukaszenko przyznał, że obecny system na Białorusi jest "nieco autorytarny".
Propozycje Łukaszenki skupia się na reformach sądownictwa. Odrzucił apele opozycji o powrót do konstytucji kraju z 1994 roku, która została później zmodyfikowana, aby dać prezydentowi więcej władzy.
Łukaszenko starał się zdeprecjonować trwające od niemal miesiąca protesty. Przedstawia siebie jako przywódcę, który utrzymuje kontrolę i porządek.
Jego zdaniem nie ma potrzeby wzmacniania niezależności sądownictwa w kraju. - Jestem gotów spierać się z każdym, że najbardziej niezależny sąd jest na Białorusi. Nikt nie powinien się śmiać - powiedział. Dodał jednocześnie, że system musi działać bez powiązania z konkretnymi osobami, w tym z samym prezydentem.
Podkreślił, że obywatele mogą wyrażać swoje niezadowolenie, jednak w jego ocenie osoby, które "krzyczą za zmianami, sa mniejszością".