Prokuratura w Hamburgu uznała, że dla cierpiącego na starczą demencję Gerharda Sommera proces byłby nieludzką torturą.
Sommer był Reichsführerem w 16. dywizji Waffen SS i 12 sierpnia 1944 r. osobiście brał udział w masowym mordzie na cywilach, głównie dzieciach, kobietach i starcach, w Sant'Anna di Stazzema w Toskanii.
Dziś ma 93 lata i przebywa w domu opieki. Prokuratura w Hamburgu podjęła decyzję o umorzeniu procesu, opierając się na opinii biegłego psychiatry, który ograniczył się do wysłuchania oświadczeń oskarżonego i jego córki. Ale przyznała, że gdyby Sommer stanął przed sądem, przypuszczalnie zostałby skazany. Jest to jedyna satysfakcja, jaka pozostaje rodzinom ofiar.
Niemiecki wymiar sprawiedliwości od dziesięciu lat zajmował się tą sprawą i dotychczas twierdził, że winy sprawcom potwornego mordu udowodnić nie sposób. Zdaniem Włochów i centrum Wiesenthala mimo licznych ekspiacyjnych niemieckich wizyt w Sant'Anna, m.in. przewodniczącego PE Martina Schulza w 2012 r., a rok później prezydenta Joachima Gaucka, niemiecki wymiar sprawiedliwości w tej i innych podobnych sprawach zrobił wszystko, by, po pierwsze, sprawcom włos z głowy nie spadł, a po drugie, by nie narażać niemieckiego Skarbu Państwa na wypłatę odszkodowań ofiarom.
Partyzanci okazali się za słabi
Jeszcze na początku lata 1944 r. licząca ca 400 dusz spokojna wieś Sant'Anna, położona w dolinie pośród toskańskich pagórków, wydawała się oazą spokoju, w której można przeczekać wojnę. Schronienie znalazło tam kilkuset uchodźców, ofiar wysiedleń i ludzi, którzy uciekali przed przesuwającym się frontem. Pojawili się też komunistyczni partyzanci 10. Brygady bis Garibaldiego, sporadycznie atakując niemieckie i wierne Mussoliniemu oddziały włoskie. 9 sierpnia, by oczyścić sobie zaplecze, Niemcy w obwieszczeniu przybitym do wrót kościoła zażądali, by cała ludność podejrzana o wspieranie ruchu oporu opuściła wieś.
Jeszcze tego samego dnia partyzanci wydali kontrobwieszczenie, domagając się, by ludność, szczególnie kobiety, dzieci i starcy, w Sant'Anna pozostali, utrudniając Niemcom sytuację. W prywatnych rozmowach partyzanci zapewniali mieszkańców, że dysponują siłą, która w razie potrzeby Niemców zatrzyma. Trzy dni później doszło do tragedii. Esesmani wymordowali wszystkich, którzy im wpadli w ręce. Łącznie z księdzem. Uratowali się ci, którzy zdążyli uciec do lasu, i kilka osób udających zabitych pod stosem trupów.
Włosi obawiali się precedensu
Co niesłychane, włoski wymiar sprawiedliwości zajął się tą tragedią dopiero w 1994 r. I tylko dlatego, że w gmachu wojskowej prokuratury generalnej w Rzymie w 1960 r. odnaleziono w piwnicy w odwróconej drzwiami do ściany szafie „prowizorycznie zarchwizowane", jak głosiła pieczęć, a raczej ukryte dokumenty dotyczące niemieckich zbrodni wojennych na terenie Włoch, m.in. tej z Sant'Anna. Wraz z personaliami winnych. Włosi, co potwierdza odtajniona korespondencja między niemiecką ambasadą w Rzymie a MSZ w Bonn z 1959 r., niechętnie zajmowali się wówczas problemem z obawy, że przed sądem mogą być również postawieni włoscy zbrodniarze wojenni (masowe mordy w Jugosławii, a przedtem w Afryce).