– Mimo wszystko widzimy, że główną preferencją wyborców była Jedna Rosja – partia rządząca – cieszył się po trzydniowym głosowaniu rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow.

Według wciąż niepełnych wyników tracąca wcześniej popularność partia władzy zdobyła w nowej Dumie nie tylko większość zwykłą, ale i konstytucyjną (prawdopodobnie 315 mandatów z 450). Udało jej się to jednak tylko dzięki zakonspirowaniu większości swych kandydatów.

Wyborcza konspiracja

Z listy partyjnej do nowego parlamentu wejdzie prawdopodobnie tylko 120 „jednorosów", za to z okręgów jednomandatowych (w Rosji jest mieszany system wyborczy) – aż 195. A w okręgach nikt z nich nie przedstawiał się jako członek Jednej Rosji. Startowali tam jako „kandydaci niezależni", „kandydaci niezależni popierani przez władzę" etc. To pozwoliło im uniknąć niechęci wyborców, widocznej wyraźnie w losach listy partyjnej, na którą nie głosowała nawet połowa uprawnionych.

Rezultaty partii władzy sprawiają, że nieistotne stały się jednak wyniki pozostałych partii – i tak nie będzie ich widać w parlamencie. Ale poza zaskakująco wysokim wynikiem niepopularnych rządzących niespodzianką był zły wynik partii Władimira Żyrinowskiego i lepszy, niż się spodziewano, komunistów. Zdobyli ponad jedną piątą głosów i ich niezmienny lider Giennadij Ziuganow ogłosił, że to najlepszy rezultat od 1996 roku. Na ich sukces złożyło się też „inteligentne głosowanie" opozycjonistów – komunistyczni kandydaci zazwyczaj byli jedynymi poważnymi konkurentami putinowskiej Jednej Rosji w okręgach jednomandatowych.

Jak zajadle Kreml zwalcza opozycję, przekonali się w okręgach w Moskwie sami komuniści (na co dzień niewyróżniający się sprzeciwem wobec władz). W stolicy kandydaci komunistów przegrywali w ostatniej chwili, przy przeliczaniu ostatniego procenta głosów. Władze tłumaczą, że to z powodu elektronicznego głosowania, którego wyniki dopiero na samym końcu były doliczane do rezultatów startujących. Ale mimo że elektroniczne, dane te pojawiły się w Moskwie jako ostatnie (oficjalne tłumaczenie: „trzeba je było cztery razy przeliczać"). Komuniści, podejrzewając wielki szwindel, już zwrócili się o zgodę na zorganizowanie manifestacji protestu, a władze równie szybko odmówiły, powołując się na pandemię i wysłały policję na plac Czerwony.

Bicie rekordów

Oficjalnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mówi tylko o „750 skargach". Szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Ełła Pamfiłowa poinformowała o problemach w 107 komisjach wyborczych, a to „mizerny, nic nieznaczący rezultat". Ale „Głos" dolicza do tego wyrzucanie obserwatorów, a nawet członków komisji, którzy chcieli sfotografować karty do głosowania, pobicia członków komisji z partii opozycyjnych w lokalach wyborczych, pobicia kandydatów (w dniu głosowania) czy napady „sportowo odzianych młodzieńców" na te komisje, w których kandydaci rządzących mieli słabe rezultaty, i niszczenie urn.