Zdaniem Igora Borysowa, szefa Rosyjskiego Instytutu Publicznego Prawa Wyborczego, który przewodniczył zespołowi monitorującemu głosowanie, proces wyborczy był pełen błędów i uchybień, co poddaje w wątpliwość wynik czwartkowego referendum.

Zapytany przez agencję RIA-Nowosti, o jakich uchybieniach mówił, Borysow wskazał m.in. na rozmiar sali, w której liczono głosy.

- Głosy liczone są w hangarze o rozmiarach 100 na 300 metrów. Są stoły, a na nich sterty kartek z głosami, ale obserwatorom każe się stać z brzegu. Nawet jeśli by się chciało, zobaczenie, co się przy nich dzieje byłoby niemożliwe. Niejasne jest także, skąd spływają poszczególne głosy - wymieniał Rosjanin. Dodał, że protokołów z głosowań nikt nie podpisywał i nie były one oznaczone stemplami.

Według Borysowa, takie uchybienia świadczą o hipokryzji krajów zachodnich, którzy "głośno krytykują" uczciwość wyborów w Rosji, podczas gdy sami nie przestrzegają podstawowych reguł głosowania.

- Te standardy, które obowiązują nas i według których nas pouczają - nie zostały spełnione w tym referendum - stwierdził rosyjski obserwator.

Podejrzenia co do ważności głosowania wniosła też dziś prokremlowska stacja Russia Today, która zauważyła, nadzwyczaj wysoką, ponad 80-procentową frekwencję, "zbliżoną do poziomu frekwencji w Korei Północnej".

Większość rosyjskich mediów i komentatorów sprzyjała szkockim separatystom. Z kolei premier Szkocji Alex Salmond przyznał w wywiadzie w marcu, że "podziwia" Władimira Putina za "przywracanie rosyjskiej dumy narodowej", choć nie popiera jego stylu rządzenia.