Po podliczeniu 99 proc. głosów nie ma już wątpliwości – zwyciężczynią drugiej tury niedzielnych wyborów prezydenckich w Chorwacki została Kolinda Grabar Kitarović, 46-letnia kandydatka centroprawicowej Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej (HDZ).
Walka była wyjątkowo wyrównana. W całym kraju Grabar Kitarović uzyskała zaledwie 1989 głosów przewagi, głosowała na nią tradycyjnie prawicowa Sławonia i Dalmacja, podczas gdy Istria i północna część kraju sympatyzuje raczej z lewicą.
Szalę zwycięstwa na stronę prawicowej kandydatki przeważyli dopiero chorwaccy emigranci. Wśród diaspory uzyskała ona dodatkowe 30 tys. głosów poparcia, co i tak jest najmniejszą różnicą głosów w historii chorwackich wyborów prezydenckich. Rywal Kitarović, dotychczasowy prezydent Ivo Josipović uznał swoją porażkę i pogratulował jej zwycięstwa.
Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie spodziewał się aż tak wyrównanej walki politycznej o fotel prezydenta Chorwacji, a wśród czterech pretendentów w pierwszej turze wyborów największe poparcie zdawał się mieć Josipović (do walki stanęli jeszcze prawicowy radykał Milan Kujundžić i młody aktywista społeczny Ivan Vilibor Sinčić, ale żaden z nich nie miał większych szans).
Analitycy w Zagrzebiu wyrażają opinię, że głosy na kandydatkę HDZ są w pewnej mierze formą „ukarania" lewicy, której polityka coraz bardziej nie podoba się nastawionej tradycyjnie i bardzo religijnej chorwackiej prowincji. Nacjonaliści zarzucają rządowi, że wyciąga rękę do Serbii nie otrzymując w zamian ustępstw dawnych wrogów, krytykują przesadną ich zdaniem uległość socjaldemnokratycznego rządu wobec Zachodu i odstępstwo od tradycyjnych wartości narodowo-katolickich. Poza tym stojący na czele socjaldemokratycznego gabinetu Zoran Milanović nie jest lubiany jako polityk bardzo asertywny, w oczach przeciwników wręcz zarozumiały.