Korespondencja z Brukseli
W Brukseli we wtorek odbyło się spotkanie ministrów obrony NATO, ostatnie przygotowujące szczyt sojuszu 8–9 lipca w Warszawie.
Warszawski szczyt ma być ukoronowaniem starań prowadzonych przez poprzedni i obecny polski rząd: wzmocnienia NATO przy granicy z Rosją wobec coraz bardziej widocznych imperialnych zapędów tego kraju.
NATO nie zdecydowało się iść tak daleko, żeby umieścić w Polsce czy krajach bałtyckich stałe bazy. Ciągle zbyt wiele państw członkowskich boi się dodatkowo zadrażniać relacje z Moskwą i powołuje się na ustalenia z porozumienia NATO–Rosja z 1997 roku.
Zakładało ono, że nie będzie stałych baz w nowych krajach NATO. I chociaż Rosja nie przestrzega warunków tego dokumentu, to po stronie NATO wciąż nie ma woli ostatecznego uznania tego faktu. Jest więc opcja mniej ambitna: rotacyjna obecność sił NATO dopóty, dopóki będzie to potrzebne.
Obrona przed „każdym zagrożeniem"
– Będzie to największe wzmocnienie naszej zbiorowej obrony od czasów zimnej wojny – powiedział Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO.
– Nie dlatego, że chcemy powrotu do zimnej wojny. Ale odpowiadamy w ten sposób na zmieniającą się sytuację w dziedzinie bezpieczeństwa. I wielkie wyzwania na wschodzie i południu – dodał Norweg.
Pytany, jaką wiadomość chciałby przekazać Rosji, odpowiedział: „NATO będzie bronić swoich członków przed każdym zagrożeniem płynącym z każdego kierunku".
NATO powtarza: to nie jest decyzja wymierzona w Rosję. Ale jest to odpowiedź na jej działania. – Tak konstruujemy cały plan, żeby nie wyglądał na prowokację.
– Skala sił na wschodzie będzie proporcjonalna, o charakterze obronnym, i tak skonstruowana, żeby łatwo było ją ograniczyć w razie poprawy sytuacji – mówi nieoficjalnie wysoki rangą dyplomata sojuszu.
Niemcy na Litwie
Dla Polski ta decyzja oznacza obecność na terenie naszego kraju batalionu wielonarodowych sił NATO, prawdopodobnie pod dowództwem Amerykanów. W chwili zamykania tego wydania „Rzeczpospolitej" informacja wybór USA jako kraju wiodącego w Polsce była ciągle nieoficjalna, ale minister Antoni Macierewicz dał do zrozumienia, że to pożądana opcja.
– Byłoby to najlepsze z możliwych rozwiązań – powiedział dziennikarzom. Bataliony NATO będą także stacjonować w krajach bałtyckich. Na Litwie dowodzić będą Niemcy, w Estonii – Wielka Brytania, a na Łotwie – Kanada. Ciągle niepewny był jednak udział Kanady w gronie krajów wiodących, od tego uzależniona była układanka także w innych państwach wschodniej flanki. Ostateczne decyzje będą ogłoszone w Warszawie, potem rozpocznie się konstruowanie batalionów.
– Powinny przybyć do tych czterech krajów na początku 2017 roku – mówił dyplomata NATO.
W każdym batalionie będą żołnierze z kilku krajów, ale największe siły zapewni kraj wiodący i to on zapewni uczestnictwo innych. Stacjonujące w poszczególnych państwach oddziały mogą się różnić liczebnością, bo kraje mają różną definicję batalionu.
Ale w sumie z personelem wsparcia taki batalion powinien liczyć od 800 do 1000 osób. Rotacja będzie następowała co sześć–dziewięć miesięcy i między poszczególnymi zmianami ma nie być przerwy. W efekcie więc siły NATO będą na stałe w Polsce i krajach bałtyckich.
Żeby nie działały w próżni, już wcześniej podjęto inne decyzje dotyczące aktywności sojuszu w naszym regionie, w tym magazynów sprzętu czy jednostek integracji sił NATO (NFIU), ulokowanych na wschodzie. Na poprzednim szczycie NATO dwa lata temu w Walii postanowiono o potrojeniu (do ok. 40 tys. żołnierzy) liczebności sił szybkiego reagowania i stworzenia w ich ramach elitarnej szpicy liczącej kilka tysięcy ludzi gotowych do przemieszczenia się w rejon zagrożenia w ciągu kilku dni.
Flanka południowo-wschodnia
Rosji boją się też kraje na południowo-wschodniej flance NATO, czyli Rumunia i Bułgaria. W Rumunii znajdzie się dowództwo międzynarodowej brygady, w tym kraju będzie też ona odbywała szkolenia. Ale nie będzie tam stacjonowała, na razie też żadne państwa nie deklarują udziału w niej. Poza tym NATO rozpoczyna przygotowania do odpowiedzi na coraz bardziej agresywną obecność Rosji na Morzu Czarnym.
– Już zintensyfikowaliśmy patrole powietrzne, jest więcej ćwiczeń na morzu. Ale przyglądamy się, co jeszcze można zrobić – zapewniał Stoltenberg.
Szef NATO wyraził zadowolenie, że po raz pierwszy od wielu lat rosną wydatki sojuszników na obronę: w 2015 roku o 0,6 proc., a w tym roku wzrost ma wynieść 1,5 proc. To ciągle mniej niż poprzeczka stawiana przez sojusz i apele ze strony USA. Ale to pozytywny sygnał w sytuacji, gdy wiele krajów NATO, szczególnie w Europie, ciągle walczy ze skutkami kryzysu gospodarczego i szuka oszczędności budżetowych.