47-letni Elvis Francois z wyspiarskiej Dominiki na Morzu Karaibskim został uratowany 120 mil morskich na północny zachód od Puerto Bolívar w Kolumbii.
Mężczyzna był w trakcie naprawiania swojej łodzi, gdy fale ściągnęły ją w głąb morza.
Przy minimalnej wiedzy nawigacyjnej Francois nie był w stanie wrócić do brzegu.
Mężczyzna nie miał na łodzi wody, dysponował jedynie butelką keczupu, czosnkiem w proszku i kostkami rosołowymi.
- Zmieszałem to z wodą, aby przetrwać - mówił.
Wyrył na kadłubie swojej łodzi słowo "ratunku", ale przez kilka tygodni przepływające statki nie zauważały go.
- Około 15 stycznia zobaczyłem samolot. Miałem lustro. Wysyłałem pewne sygnały – powiedział Francois, szczegółowo opisując, jak próbował ustawić lusterko pod odpowiednim kątem, aby uchwycić światło słoneczne i powiadomić przelatujący samolot.
I to właśnie załoga samolotu dostrzegła dryfującego rozbitka. Maszyna przeleciała dwukrotnie nad jego łodzią, po czym załoga zawiadomiła płynący w pobliżu statek handlowy "Voltaire", który przewiózł mężczyznę do Cartageny w celu udzielenia mu pomocy medycznej.
Kolumbijscy urzędnicy powiedzieli, że Francois został przekazany władzom imigracyjnym, które pomogą mu w powrocie do domu.