Czytaj więcej w
najnowszym tygodniku Plus Minus
Zwierzchnicy armii odpowiedzialni za lotnictwo zapewniali, że szkolenie jest na wysokim poziomie. Generał Anatol Czaban zachwalał metodę "pieszo latając", czyli trenowania awaryjnych sytuacji (np. lądowania z płonącym silnikiem) w kabinie samolotu, który stoi na lotnisku.
Dziś wiadomo, że normalnych szkoleń prawie nie było. Na przykład dowódca prezydenckiej tutki nie wykonał w latach 2009 – 2010 ani jednego lotu treningowego. Nie ćwiczył na symulatorach, bo to – jak tłumaczyli po katastrofie generałowie – nie było konieczne. Komisja Millera wskazała, że takie treningi są niezbędne.
Miesiąc po katastrofie Dowództwo Sił Powietrznych oświadczyło, że załoga samolotu posiadała "wszystkie uprawnienia do lotów". Podobnie mówił gen. Czaban. To kolejne kłamstwo – po raporcie Millera okazało się, że z czteroosobowej załogi aktualne uprawnienia miał jedynie technik pokładowy.
W maju 2010 roku dowódca pułku Ryszard Raczyński tłumaczył nam, że specjalny zespół sprawdza każdy lot. Analizuje, czy nie doszło do złamania przepisów. Z raportu wynika jednak, że od 2008 r. do katastrofy w samolotach 36. pułku aż 125 razy włączał się system TAWS (ostrzega o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi). Dlaczego? Tego nie wyjaśniano.
Czytaj także w serwisie W sieci opinii
Wojskowi oszukiwali też w sprawie dobrego przygotowania lotu. Jesienią 2010 r. Dowództwo Sił Powietrznych oficjalnie podało nam, że załoga miała, zapewniony przepisami, odpoczynek przed rejsem 10 kwietnia. Tymczasem nawigator spał zaledwie 6,5 godziny zamiast co najmniej 8. Poprzedniego dnia leciał do Gdańska, a potem, zamiast odpoczywać, musiał studiować mapy lotnicze. Komisja uznała, że zbyt krótki odpoczynek mógł wpływać na pracę lotnika.
MON i rzecznik Sił Powietrznych oszukiwali też w sprawie zapasowego samolotu dla prezydenta. Na piśmie zapewniali nas, że w rezerwie był jak-40. Raport Millera: "W przypadku niesprawności samolotu Tu-154M nie było samolotu zapasowego na ten wylot".