Już na studiach wiedziała pani, czym się będzie zajmować?
Joanna Rajkowska: Niemal dziesięć lat mi zajęło dowiedzenie się, co chcę w życiu robić. Dochodziłam do tego metodą prób i błędów. Stawiając palmę obserwowałam, jak organizuje ona przestrzeń, a potem edukowały mnie kolejne projekty.
Wyedukowana wszechstronnie była pani już na starcie, jako nie tylko artystka, ale i historyczka sztuki...
Wiedza na temat historii sztuki niesłychanie wspiera. Chociażby teraz, kiedy w Londynie próbuję robić doktorat oparty na praktyce. To pomaga zdać sobie sprawę z istnienia łańcucha tysięcy ludzi, którzy przede mną próbowali podobnych artystycznych działań.
Ta świadomość nie ogranicza pani jako artystki?
Zupełnie nie.
Ale daleko odeszła pani od swojego pierwszego wykształcenia – malarstwa....
Studia u profesora Jerzego Nowosielskiego trudno nazwać nauką malowania. Odcisnął mocne piętno na moim kształtowaniu się jako artystki i jako człowieka. Uczył rozumienia rzeczywistości, jej wizualnych fenomenów. Mówił na przykład: „proszę próbować stać się tym obiektem, który pani maluje". Obojętne, co wychodziło z takiej próby malarskiej, ale sposób myślenia pozostał na całe życie. Wiadomo, że taki przekaz profesora wynikał z postrzegania ikony jako obrazu będącego miejscem żywego kontaktu z boskim. Dla mnie tym obrazem jest przestrzeń publiczna.
Realizuje pani swoje projekty w różnych miastach i krajach. Zawsze są pewnego rodzaju interwencją...
Obecnie pracuję wyłącznie korzystając z zaproszeń. Nie robię już projektów partyzanckich, takich jak na przykład Dotleniacz na Placu Grzybowskim w Warszawie - brak mi na to siły. Trzy lata trwało jego powstawanie, ponieważ przeciętny obywatel z własnej inicjatywy nie może zrobić projektu społecznego w przestrzeni publicznej bez wsparcia instytucji. Teraz mieszkam w Londynie. Tamtejsza przestrzeń publiczna jest zupełnie inna. Multikulturowa.
Tam łatwiej zrealizować projekt?
Przeciwnie, dużo trudniej. Najważniejsze jest, żeby nikogo nie obrazić, bo to najgorsze wykroczenie w Wielkiej Brytanii. Trzeba przebrnąć przez zhierarchizowane procedury konsultacji - zaczynając od burmistrzów. Chodzi o zadowolenie wszystkich decydentów i zażegnanie konfliktu, zanim pojawi się na horyzoncie.
Który z niezrealizowanych projektów najbardziej pani dokucza?
The Peterborough Child. Dla politycznej poprawności projekt został wycofany jednym podpisem – bez jakiejkolwiek demokratycznej procedury. Zabroniono mi rozmawiać z prasą, zaaresztowano projekt w magazynie miejscowych władz. Wydarzyło się to w 2012 roku. Tylko dlatego, że liderzy tamtejszej, dominującej muzułmańskiej społeczności, nie zgodzili się na umieszczenie sztucznego stanowiska archeologicznego, używając argumentów religijnych, czyli takich z którymi bardzo trudno się dyskutuje. Pal diabli, że chodziło o rzeźbę i że grób sięgał epoki brązu. I że to wszystko była fikcja.
I to wszystko wydarzyło się w multikulturowym kraju, który uważamy za oazę tolerancji?
To tylko polskie przesądy, że tak tam jest.
Jedną z ostatnich pani prac w Polsce jest Pasaż Róży otwarty w Łodzi.
Zostałam zaproszona przez Festiwal Czterech Kultur. Realizując Pasaż Róży, udało się połączyć wiele wątków. Jednym z nich jest miasto. Chodziło o uruchomienie komunikacji między Manufakturą, do której wszyscy wędrują, a ulicą Piotrkowską będącą faktycznym sercem miasta. Jest jeszcze jeden wymiar tej pracy – osobisty. Obrazuje ona drogę jaką przeszła moja córeczka Róża – od niewidzenia do widzenia. Z coraz większym zaufaniem czerpię z osobistych doświadczeń. To, co prywatne, bolesne, słabe, wyparte – przynależne w pewnym sensie do przestrzeni prywatnej – nie ma prawa artykulacji w przestrzeni publicznej. A mnie się wydaje to potrzebne.
Jak ocenia pani zmiany dokonujące się w naszej przestrzeni publicznej – porównując ją z innymi krajami?
Często zmiany polegają tylko na wycięciu wszystkich drzew w środku miasta, położeniu kostki granitowej i wystawieniu kilku doniczek. Cywilizacyjna obsesja postępu i porządkowania nie jest niczym dobrym. Jak zwykle gonimy Europę, tyle, ze powtarzając wszystkie jej błędy.
Na wystawie „Postęp i higiena", nowo otwartej w Zachęcie, jest też pani praca.
Powstała specjalnie na tę wystawę. To „Uśmierzacze bólu" – odlewy współcześnie używanej broni, których komponentem są środki przeciwbólowe. Pokazuję niebezpieczne związki między przemysłem farmaceutycznym, a zbrojeniowym. Bo często te same firmy wymyślają równocześnie – i lekarstwa, i broń.
Rozmawiała Małgorzata Piwowar