„Dlatego odrzuciwszy kłamstwo: niech każdy z was mówi prawdę do bliźniego” (Ef 4,25), czyli o prawdzie i jej pozorach

W połowie kwietnia br. prezydent Karol Nawrocki ułaskawił panią Weronikę, działaczkę pro-life, która została skazana za zniesławienie ginekologa Piotra A. na karę ograniczenia wolności (60 godzin prac społecznych). Nakazano jej także opublikowanie przeprosin. Ponieważ pani Weronika przepraszać nie zamierzała, groziła jej kara półtora miesiąca aresztu (zamiana przeprosin na areszt). W mediach tłumaczyła, że po badaniu USG i zleceniu testu PAPP-A lekarz zaproponował jej aborcję. Gdy odmówiła, usłyszała: „Po co ci down w domu?”. Ostatecznie dziecko urodziło się zdrowe. Pani Weronika, po kilku latach, kilkukrotnie wyraziła swoją opinię o lekarzu w internecie, po czym medyk wniósł prywatny akt oskarżenia. Sprawa stała się dla części środowisk pro-life symbolem walki o życie nienarodzone, a pani Weronika – bohaterką. Postawa ułaskawionej została doceniona nagrodą „Zbudowana na Skale”, przyznaną przez Fundację Opoka za „odważną i konsekwentną obronę życia”. Historia piękna. Tyle że nie do końca prawdziwa.

Czytaj więcej

Jakub Sewerynik: Płonie krzyż i emocje

Nieścisłości

Od samego początku sprawa wydawała mi się niejednoznaczna. „Gość Niedzielny” wskazywał, że matce trójki dzieci „groziło osadzenie w więzieniu za opowiedzenie się za życiem nienarodzonych”. Czy to możliwe, żeby polskie sądy wysyłały matki do więzienia za działania pro-life? „Rzeczpospolita” dotarła do uzasadnienia wyroku, które rozwiało moje wątpliwości. Areszt groził pani Weronice za odmowę publikacji przeprosin za pomówienie lekarza w internecie. Nazywanie takiej postawy „konsekwentną obroną życia” jest nie lada akrobacją. Proszę samodzielnie ocenić, czy podobne działania zasługują na nagrodę.

Jakie są fakty? Podczas badania w 2016 r. w gabinecie był lekarz Piotr A. i ciężarna pacjentka. Jakie padły tam słowa? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Lekarz nie przedstawił publicznie swojej wersji wydarzeń. Znamy jedynie wersję pani Weroniki: po badaniu USG, które wykazało wysoką przezierność karkową (marker ryzyka wady genetycznej), lekarz opowiedział jej o dwóch zabiegach aborcji, które niedawno przeprowadził. Wady stwierdzone u tamtych dzieci były dalekie od letalnych (rozszczep podniebienia i nóżki szpotawe). Miał zwracać się do niej per „ty”, a o dziecku mówić per „down”. Próbował też polecić jej klinikę aborcyjną w Gdańsku.

Nawet jeśli poznamy wersję lekarza, to wciąż będzie to tylko słowo przeciwko słowu. Nigdy nie poznamy obiektywnej odpowiedzi na kluczowe pytania: czy lekarz jedynie zwrócił uwagę na ryzyko zespołu Downa? Czy sugerował, zachęcał do terminacji ciąży, czy tylko informował – zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – o takiej opcji? Czy użył sformułowania, które mogło być niestosowne? Wiemy jedynie, że oskarżona nie sprostała ciężarowi dowodu w tym zakresie (notabene jest to dowód w zasadzie niemożliwy). Jednak treść uzasadnienia wyroku pozwala mieć wątpliwości co do rzetelności jej narracji.

Ustalenia sądu są jedyną zweryfikowaną wersją wydarzeń, jaką dysponujemy. Z uzasadnienia wyroku wynika, że pani Weronika nie wykazała, iż lekarz namawiał ją do aborcji, a jedynie poinformował o ryzyku wady. Sąd stwierdził, że „oskarżona nie wskazywała, że diagnoza była kategoryczna, tylko że pokrzywdzony wskazywał tylko na możliwość wystąpienia zespołu [Downa – przyp. JS] i zalecał dalszą pogłębioną diagnostykę, z czego zresztą oskarżona nie skorzystała”. Lekarz poinformował także – zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – o możliwości terminacji ciąży. Co również istotne, pani Weronika była na badaniu u Piotra A. tylko raz, w 2016 r., a więc kilka lat przed uchyleniem przez Trybunał Konstytucyjny tzw. przesłanki embriopatologicznej w 2020 r., pozwalającej na zgodną z prawem terminację ciąży w przypadku ciężkiej i nieodwracalnej wady płodu.

Warto zauważyć, że komunikacja lekarzy, którzy wykonują badania prenatalne, często pozostawia wiele do życzenia. Bardzo łatwo o niewłaściwe słowo, a nawet gest czy ton wypowiedzi. Pacjentka, często pełna niepokoju jeszcze przed badaniem, może na skutek zwykłej informacji o ryzyku wady poczuć lęk (często już istniejący lęk może się nasilić). Nadwrażliwość jest w pełni zrozumiała. Terminy i dane medyczne brzmią mało empatycznie. Oznaczanie prawdopodobieństwa wady genetycznej dziecka jest dla przeciętnego człowieka enigmatyczne i może generować nadmierne obawy, smutek, a nawet prowadzić do załamania nerwowego. Emocje mogą także zniekształcić odbiór słów lekarza, co tłumaczy brak spójności wyjaśnień oskarżonej.

Niesporna jest treść wpisów w internecie. Warto przytoczyć kilka za wyrokiem: „Niech pani Bogu dziękuje za to, że dziecka pani nie chciał wyskrobać, wręcz namawiając do tego, chwaląc się, jak to wyskrobuje inne dzieci”, „przez tego człowieka moja ciąża była jednym wielkim płaczem i smutkiem”, „wiele kobiet przez niego cierpi i może niestety dokonuje aborcji na podstawie jego niedouczenia i chorych domysłów i, jak sądzę, żądzy pieniądza”, „Pomylił się nieraz i wie o tym doskonale, niestety jego pomyłki idą również w drugą stronę – nie widzi wad, gdy istnieją naprawdę. Niedouczony, bezczelny i ohydnie nastawiony na pieniądze człowiek”.

Pani Weronika nie była zbyt rzetelna ani ostrożna w swoich wpisach. Oczywiste jest działanie pod wpływem silnych emocji. Przed sądem „oskarżona zaprzeczyła w swoich wyjaśnieniach, że dostała od pokrzywdzonego adres kliniki aborcyjnej, mimo że tak napisała we wpisie na portalu”. Sąd stwierdził, że oskarżona sama sobie zaprzeczała, a zeznania były niespójne. Powoływała się na negatywne doświadczenia innych kobiet z wizyt u Piotra A., ale w żaden sposób ich nawet nie uprawdopodobniła. Notabene w wyjaśnieniach podkreślała brak kultury osobistej lekarza – warto porównać tę uwagę z treścią inkryminowanych wpisów.

Sąd nakazał zamieszczenie przeprosin na portalu Fundacji Życie i Rodzina Kai Godek. Wyjaśnił, że podczas procesu przed budynkiem sądu odbywały się pikiety organizowane przez członków fundacji, „przedstawiające całkowicie fałszywy obraz przedmiotu procesu i osoby pokrzywdzonego”. Według narracji pikietujących pani Weronika była oskarżona o ujawnienie „prawdy o tym, że pokrzywdzony nakłaniał ją do przerwania ciąży”, a nie za pomówienie.

Jak wiemy, przeprosiny nie zostały opublikowane, a narracja fundacji upowszechniła się. W laudacji na cześć pani Weroniki wskazano: „Jedna z mam na forum internetowym poprosiła o opinię na temat ginekologa. Napisała pani prawdę, że kilka lat temu ten sam lekarz namawiał panią, by zabiła pani poczęte pod sercem dziecko”. W sprawę wniosku o ułaskawienie zaangażował się lokalny biskup, Ryszard Kasyna: „sprawa jest dla wszystkich przypomnieniem, że obrona życia bywa dziś aktem odwagi, który wymaga solidarności, modlitwy i zaangażowania nas wszystkich”.

Czytaj więcej

Jakub Sewerynik: Gdy teologia musi ustąpić rozgrywkom ligowym

Cel nie uświęca środków

Narrację podtrzymuje również pani Weronika. Przyjmując nagrodę, powiedziała: „Nie wyobrażałam sobie przepraszać za ochronę mojego dziecka przed śmiercią. (…) Uczę moje dzieci, że prawda jest bardzo ważna i nie wolno dać się złamać”. Trudno się z nią nie zgodzić. Warto jednak umieć skonfrontować się z faktami, które – w odróżnieniu od wyobrażeń – są obiektywne. Jak wynika z uzasadnienia wyroku, wpisy były bardzo luźno związane zarówno z wizytą z 2016 r., jak i z rzetelnością. Z pewnością nie miały na celu obrony życia sześcioletniego już wówczas dziecka. Zakładając, że motywem działania była troska o inne matki i ich nienarodzone dzieci, należałoby krytycznie ocenić treść i formę wpisów.

Wbrew wyobrażeniom niektórych środowisk cel nie uświęca środków. Działanie w słusznej sprawie, a za taką uważam co do zasady działania „pro-life”, wymaga doboru odpowiednich, akceptowalnych moralnie metod. Przekroczenie dopuszczalnych norm wymaga korekty, czasem przeproszenia. Nie dziwi, że rozemocjonowana matka oczerniła lekarza, ale to, że jej czyny zostały przedstawiane w nieprawdziwy sposób – jako wzór do naśladowania – budzi mój sprzeciw.

Narrację fundacji i pani Weroniki uwiarygadnia fakt, że w 2008 r. Piotr A. został skazany za wykonywanie nielegalnych aborcji. Nie stracił wówczas jednak prawa do wykonywania zawodu. Jak powiedział „Rzeczpospolitej”: „Ja za swoje błędy zapłaciłem. Kiedy za moimi plecami zatrzasnęły się pewne wielkie żelazne drzwi, to powiedziałem sobie, że ryzyko mogę podejmować – każde, ale zgodne z prawem. Tego się trzymam i nie pozwolę pluć sobie w twarz”.

Proszę nie wyciągać błędnych wniosków – nie uważam, że postawa Piotra A. jest godna pochwały. Tu pojawia się drugie zagadnienie – kontrowersyjny art. 212 k.k.

Nie oceniam w żaden sposób postępowania Piotra A. jako medyka. Mam natomiast wątpliwości co do środków prawnych, którymi się posłużył. Przestępstwo zniesławienia (art. 212 k.k.), ścigane z oskarżenia prywatnego, od wielu lat budzi ogromne kontrowersje. Sankcja karna stanowi łatwy sposób nacisku i uciszania krytyki, a tym samym ograniczania wolności słowa. Osoba oskarżona musi udowodnić prawdziwość swoich twierdzeń, co prowadzi do faktycznego odwrócenia ciężaru dowodu i znacznie osłabia zasadę domniemania niewinności. W przypadku pomówienia przy pomocy środków masowego komunikowania oskarżony musi wykazać także działanie w obronie społecznie uzasadnionego interesu. W praktyce art. 212 k.k. jest wykorzystywany w celach tzw. SLAPP – wytaczania strategicznych procesów służących uciszaniu krytyki lub zniechęceniu do udziału w debacie publicznej. Ofiarami takich działań często są dziennikarze, działacze społeczni lub sygnaliści. Organizacje międzynarodowe od lat postulują całkowitą lub częściową depenalizację zniesławienia, wskazując, że odpowiednim narzędziem do obrony dobrego imienia jest prawo cywilne. De lege lata oczywiście łatwiej jest skorzystać z prywatnego aktu oskarżenia niż z powództwa cywilnego. Pozbawienie wolności w wyniku odmowy przeprosin jest jednak sankcją zbyt daleko idącą. Dobrze więc, że pani Weronika została ułaskawiona.

Czytaj więcej

Jakub Sewerynik: Biskupi mogą sprzedać rezydencje, by zadośćuczynić za winy

Chrześcijańska perspektywa

Jednocześnie kreowanie na wzór do naśladowania osoby, która ma udokumentowane kłopoty z rzetelnością wypowiedzi (ewentualnie z odróżnianiem faktów od wyobrażeń), jest – delikatnie mówiąc – nieporozumieniem. Podkreślę: proces nie dotyczył obrony życia, ale konkretnych wpisów w sieci, ocenionych przez sądy obu instancji jako nieprawdziwe i szkalujące. Pani Weronika przed sądem nie tylko nie dowiodła prawdziwości stawianych lekarzowi zarzutów, ale sama sobie zaprzeczała, co dodatkowo podważa jej wiarygodność. Z chrześcijańskiej perspektywy można zapytać, jak odmowa przeprosin ma się do VIII przykazania: „nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek” (Wj 20,16)? Promowanie nieodpowiadającej faktom narracji przez media kościelne należy ocenić bardzo krytycznie. Papież Franciszek w Gaudete et exsultate zauważył, iż także w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic: „Znamienne jest, że czasami, chcąc bronić innych przykazań, całkowicie pomijane jest ósme (…) i bezlitośnie niszczony jest wizerunek bliźnich” (GE 115).

Na tym samym spotkaniu, na którym pani Weronika została nagrodzona „za odważną i konsekwentną obronę życia”, sekretarz KEP, bp Marek Marczak, powiedział: „Ważne jest to, aby mówić prawdę, ale także – aby docierać z nią do odbiorców”. Staram się, na miarę swoich możliwości, stosować się do tej uwagi.

Autor jest radcą prawnym, mediatorem