Piszący te słowa należy do ludzi, którzy nie boją się wyjść na ulicę, korzystają czasem z transportu publicznego, a nawet odwiedzają polskie ambasady na świecie. Z pobieżnych obserwacji wynika, że państwo jednak istnieje, i to całkiem nieźle, a nawet za dobrze, jeśliby popatrzeć na nie od strony rzeszy podopiecznych wspomnianego byłego już ministra.
A jednak trudno się uwolnić od myśli, że Bartłomiej Sienkiewicz nie formułował swojej tezy wyłącznie na przekór czy na złość rzeczywistości. W istocie coś musi być nie tak, coś musi zgrzytać w państwowej maszynie, skoro nasuwa się wątpliwość, skoro dostrzegamy jakieś vacuum, a instytucja państwa zdaje się tracić konieczny do trwania ciężar.
Co miał na myśli Bartłomiej Sienkiewicz? Czyżby miał być najlepszym sojusznikiem szefa Prawa i Sprawiedliwości, który konsekwentnie odmawia państwu rządzonemu przez Platformę Obywatelską dostatecznej legitymacji? Nie sądzę, by takie były jego intencje. Myślę, że metafora o nieistniejącym państwie wolna była od bieżących odniesień politycznych i sięgała dużo głębiej w istotę rzeczy, choć per saldo brzmiała zgodnie z diagnozą Jarosława Kaczyńskiego.
Sienkiewiczowi chodziło o Polskę totalnych deficytów. O Polskę, którą można opisać przez elementarną nieskuteczność reformowania państwa
Sienkiewiczowi chodziło o Polskę totalnych deficytów. O Polskę, którą można opisać przez elementarną nieskuteczność reformowania państwa, przez rodzaj bezruchu, bezwładu instytucji publicznych, który wyzwala wszelkie możliwe patologie. Niereformowalni urzędnicy. Banalna i skretyniała klasa polityczna. Nieruchawa i przekupna policja. Zorientowani wyłącznie na interes korporacyjny sędziowie i prokuratorzy. Rozwydrzone związki zawodowe. Nienaruszalne grupy interesów: nauczyciele, działkowcy, górnicy. Deficyt za deficytem. A wszystko w kontekście wyzwań, które stoją przed krajem, każdym krajem, dla nas w pierwszej kolejności krajem ojczystym – Polską.