– Mamy okres wyborczy. Think tank ma podsuwać partii projekty, które ta będzie realizować – mówi „Rzeczpospolitej" Andrzej Biernat, sekretarz generalny PO. To on w imieniu zarządu partii złożył byłemu ministrowi spraw wewnętrznych Bartłomiejowi Sienkiewiczowi propozycję kierowania Instytutem Obywatelskim.
Politycy PO wierzą, że powołanie Sienkiewicza to wzmocnienie dla partii i premier Ewy Kopacz. Wszyscy nasi rozmówcy powtarzają, że Sienkiewicz jest dobrym analitykiem. Tekst, jaki kilka tygodni temu opublikował w „Przeglądzie Politycznym", był próbą napisania na nowo ideologii rządów Platformy. Politykę ciepłej wody w kranie czy brak wielkich reform wyniósł do rangi politycznej cnoty i przedstawił jako przemyślany plan zmiany polityki i modernizacji społeczeństwa.
– On zna partię od początku jej istnienia. Doradzał nam od dawna – mówi jeden z posłów.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Kopacz otacza się kolejnymi osobami, które mają równoważyć mankamenty pozostałych. Swego czasu na szefa Rady Gospodarczej przy Premierze powołała Janusza Lewandowskiego. Szybko się okazało, że z powodu obowiązków europosła nie jest tak dyspozycyjny jak jego poprzednik Jan Krzysztof Bielecki. – Ewa poprosiła go o jakąś ekspertyzę. Usłyszała, że wróci do Polski za kilka dni, potem zwoła posiedzenie Rady, więc za pięć dni będzie raport – opowiada polityk znający kulisy pracy Kancelarii Premiera. Dlatego Kopacz oprócz Lewandowskiego powołała na szefa swych doradców też Jacka Rostowskiego.
Sienkiewicz również ma być dopełnieniem innych doradców Kopacz. – Ona słucha wielu osób, a potem sama decyduje, co ma robić – twierdzi nasz rozmówca.
Ważny polityk PO zwraca uwagę, że zmiana w Instytucie ma też charakter ideowy. – Poprzednik, Jarosław Makowski, był liberałem. Bartek jest bardziej konserwatywny. Znacznie bardziej niż Kopacz – tłumaczy.
– Gdyby nie afera taśmowa, byłby dalej szefem MSW albo szefem doradców Kopacz – zauważa inny z naszych rozmówców. Jednak były minister nie tyle wraca do współpracy z panią premier, ile ją formalizuje. Wszak jesienią był w zespole, który przygotowywał jej exposé.
Sam Sienkiewicz po wybuchu afery taśmowej i ujawnieniu nagrań jego rozmowy z szefem NBP Markiem Belką przyznawał, że źródłem jego kłopotów była skłonność do analizowania. To, co skończyło jego polityczną karierę, ma być teraz atutem. Ale w PO się boją, że afera taśmowa będzie obciążeniem. Powrót jej bohatera to łakomy kąsek dla opozycji.
Oficjalnie w Platformie nie widzą problemu. – Think tankiem PiS jest zespół smoleński. Jeśli porównamy jego szefa Antoniego Macierewicza z Sienkiewiczem, PO nie ma się czego wstydzić – przekonuje Jacek Protasiewicz, lider dolnośląskiej Platformy.
– Z afery taśmowej zostało dziś powiedzonko o kupie kamieni – bagatelizuje sprawę inny polityk. – Zapłacił już cenę, przestał być ministrem. Nie jest posłem. Jako analityk chyba jest do zaakceptowania przez opinię publiczną.
Ale niektórzy z rozmówców mają z tym kłopot. – Nie ja podejmowałem tę decyzję – ucina znany poseł Platformy.
Poruszenie wywołały też zarobki szefa Instytutu. Makowski w oświadczeniu majątkowym radnego napisał, że w ubiegłym roku zarobił na tej funkcji ćwierć miliona złotych. Jeśli karą za aferę taśmową ma być sowita pensja, opinia publiczna może uznać, że w PO nie obowiązują żadne standardy. Tym bardziej że Łukasz Pawełek, skarbnik Platformy, odmawia informacji o zarobkach szefa Instytutu. – To dane osobowe – tłumaczy. Mimo że partia utrzymuje się m.in. z publicznej dotacji i musi rozliczyć w Państwowej Komisji Wyborczej każdą złotówkę.
W poniedziałek „Gazeta Wyborcza" zasugerowała, że w ramach śledztwa dotyczącego afery taśmowej służby podległe MSW podsłuchiwały m.in. szefa CBA. Jeśli to prawda, może to oznaczać dla Sienkiewicza początek nowych kłopotów.