Poniższy tekst został napisany do tygodnika „Sieci”, ale
wobec odmowy publikacji autor zakończył swoją trzynastoletnią współpracę z tą
redakcją.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński oskarżył wyznaczonego przez siebie kandydata na premiera Przemysława Czarnka o działalność godzącą w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”. W ustach byłego wicepremiera, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, jest to być może najcięższe oskarżenie polityczne, jakie w ogóle daje się sformułować. Tym bardziej że Kaczyński to polityk, który z pilnowania interesu i suwerenności państwa uczynił sedno swojej misji, często zarzucając brak respektu dla tych wartości swym politycznym wrogom, choćby Donaldowi Tuskowi. Tym razem jednak rzecz jest odmienna i precedensowa. W polskiej polityce nie było dotąd przypadku, aby przywódca partyjny, który sam wylansował swego współpracownika jako lidera i kandydata na szefa rządu, raptem cztery miesiące później zarzucił mu publicznie rzecz tak karygodną, jak rozminięcie się z racją stanu i bezpieczeństwem państwa polskiego. Ten casus jako rzecz niezwykła odnotowany zostanie w podręcznikach polskiej historii politycznej naszego czasu.
Czytaj więcej
Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza wracać do kontrowersji wokół wypowiedzi Przemysława Czarnka dotyczącej Ukrainy. Po posiedzeniu Prezydium Komite...
Przemysław Czarnek zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej
Reakcja Kaczyńskiego następuje po faktycznie zdumiewającej deklaracji Czarnka, iż jako przyszły premier zamierza „zmusić Europę do zaprzestania jakiegokolwiek finansowania zbrojeń i odbudowy Ukrainy”. Zwłaszcza to słówko „jakiegokolwiek” podkreśla, zapewne z premedytacją, determinację Czarnka do bezwzględnego i całkowitego pozostawienia napadniętej Ukrainy na łasce Kremla. Można przypuszczać, że Czarnek celowo mówi tu tylko o Europie, pomija natomiast kluczową rolę, jaką w ocalaniu niepodległości Ukrainy odgrywa Ameryka, tak pod rządami Joe Bidena, jak i Donalda Trumpa. Dopiero co przecież Trump obiecał Wołodymyrowi Zełenskiemu licencję technologiczną na produkcję Patriotów, czyli najskuteczniejszych systemów ochrony miast, elektrowni i obiektów przemysłowych przed rosyjskimi bombardowaniami. Nietrudno zauważyć, że Czarnkowi łatwo grozić czymkolwiek Europie, a dużo trudniej Ameryce, i stąd zapewne bierze się ta niekonsekwencja jego zapowiedzi.
W chwili, gdy piszę ten komentarz, nie jest jasne, jaki ma być dalszy los Czarnka w PiS-ie. Sam prezes partii mówi, iż „wyjaśnieniem” sprawy zajmą się władze partyjne, choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, co tu miałoby być wyjaśniane. Pogląd głoszony przez Czarnka jest najzupełniej jasny i radykalnie zaprzecza nie tylko dziedzictwu ideowemu PiS-u, ale i całej tradycji polskiej myśli politycznej, tak z czasu antykomunistycznej emigracji, jak i solidarnościowego podziemia. Postulat wyzwolenia spod sowieckiej dominacji Bałtów, Białorusinów i Ukraińców był w istocie konsensusem polskiej myśli politycznej tamtego czasu. Zaś w wolnej Polsce przybrał postać jednoznacznego polskiego poparcia dla niezależności tych narodów od Moskwy, co wszyscy traktowali jako egzystencjalny polski interes narodowy. Stąd rzesze polskiej młodzieży z biało-czerwonymi flagami, jakie widać na zdjęciach i filmach z kijowskiej Pomarańczowej Rewolucji. Czarnek rzucił teraz wyzwanie całej tej tradycji.
Jakie są realne przejawy „bardzo agresywnej” polityki Ukrainy wobec Polski?
Zastanawiam się nad stanem ducha rzesz wyborców PiS-u, zwłaszcza tych poważnie traktujących dziedzictwo i przesłanie tej partii. Jak można pojąć sytuację, w której kandydat na premiera, a więc potencjalny przywódca państwa, jest winien sprzeniewierzeniu się egzystencjalnym interesom państwa polskiego, co stwierdza publicznie twórca i najważniejszy autorytet polskiej prawicy, jakim bez wątpienia jest od lat Jarosław Kaczyński? Muszę przyznać, że sam przyzwyczajony jestem do bardziej klarownej polityki, w której spory partyjne są i powinny pozostać normalnością, ale tak sprzeczne poglądy na fundamentalne interesy państwa, jak w przypadku Kaczyńskiego i Czarnka, nie mieszczą się jednak w głowie. Cóż bowiem ma sądzić wyborca PiS, skoro jednego dnia słyszy, iż jego „obowiązkiem moralnym jest krzyczeć” na cały świat o nazizmie panoszącym się na Ukrainie i „zmusić” świat do zaprzestania pomocy dla Kijowa, zaś następnego – że to pogląd, który godzi w „polską rację stanu i polskie bezpieczeństwo”? Narzuca się pytanie, czy to jakiś zdumiewający „spin” w wydaniu PiS-u? Jakaś „wirówka” mająca mącić zwolennikom w głowach, tak by zarówno ci nienawidzący Ukraińców, jak i ci podziwiający ich bohaterstwo, mogli zmieścić się w tej samej partii?
Czytaj więcej
Nie ma żadnej sprzeczności między tym co napisał Jarosław Kaczyńskim i tym, co ja głoszę od wielu lat - powiedział w rozmowie z Wirtualną Polską ka...
Przecież Czarnek mówi to, co mówi, nie po raz pierwszy. Jeszcze w 2025 r. był jedynym liczącym się polskim politykiem, który domagał się wydania Niemcom nurka ukraińskiego, odpowiedzialnego za wysadzenie bałtyckich rur gazowych łączących Niemcy z Rosją. To ciekawe, że Czarnek nie miał wtedy żadnych oporów, aby okazywać nadzwyczajną usłużność wobec rozeźlonych Niemców. W ciągu ostatnich tygodni Czarnek sprawiał takie wrażenie, jakby go ktoś z premedytacją „spuścił ze smyczy” i kazał hasać po polskiej polityce wschodniej. 8 lipca mówił w radiu, iż Kijów jest pod wpływem „ideologii nazistowskiej” i prowadzi „bardzo agresywną” politykę wobec Polski. Niestety, dziennikarstwo w Polsce jest na takim poziomie, iż nikt nie zapytał Czarnka o realne przejawy owej agresji ukraińskiej. A trzy dni później z patosem wzywał nas wszystkich, abyśmy wypełnili nasz „moralny obowiązek krzyczenia do wszystkich stolic Europy i świata” o ukraińskim nazizmie. Ze strony prezesa PiS nie było żadnej reakcji. Pojawiła się ona dopiero wtedy, gdy 14 lipca Czarnek zapowiedział, że zamierza „zmusić” świat do zablokowania pomocy dla walczącej Ukrainy.
Na czym polega prawdziwy problem z Przemysławem Czarnkiem?
Mam wrażenie, że choć sprzeciw wobec poglądów Czarnka, zwłaszcza w obozie Tuska, okazał się mocny i stanowczy, to jednak mimo wszystko realne znaczenie tego, co robi kandydat PiS-u na premiera, jest niedoceniane. Z obozu Tuska słychać najczęściej oklepany argument, iż Czarnek mówi to samo co Putin. To prawda, że mówi to samo. Ale w moim przekonaniu obrazą rozumu jest pogląd, wedle którego w żadnej kwestii nie wolno nikomu myśleć tak jak Putin. Sam w co niektórych materiach myślę zresztą tak samo jak Putin, choćby wtedy, gdy kremlowski tyran kpi sobie (w swoich mowach wałdajskich) z propagowanego na Zachodzie nierozróżniania płci, dodając ze śmiechem, że Rosja już przebyła tę ciężką chorobę za rewolucji bolszewickiej i zna jej opłakane skutki. Rzecz więc nie w tym, że Czarnek mówi to samo co Putin, ale w tym, że z premedytacją uzasadnia i legitymizuje plan likwidacji państwowości ukraińskiej.
Po co bowiem mamy „krzyczeć” o nazizmie na Ukrainie? Po to, żeby świat przestał wspierać nazistowski reżim w Kijowie. A po co świat ma zaprzestać „jakiegokolwiek” wsparcia dla owego reżimu? Po to, żeby został on sprawiedliwie ukarany za nazizm, a państwo ukraińskie na powrót zostało zlikwidowane. Prawdziwy problem z Czarnkiem polega na tym, że pod pozorem odwetu za nielubianą w Polsce ukraińską politykę historyczną, kandydat PiS-u na premiera otwarcie wspiera międzynarodowe cele i plany nie tylko samej Moskwy, ale globalnej „osi zła” stojącej za tymi interesami (by odświeżyć sławny niegdyś termin Ronalda Reagana). Tę „oś zła” albo – by rzec bardziej neutralnie – sojusz wschodnich despotii tworzy dziś przede wszystkim Pekin, sprzymierzony z Teheranem, Moskwą i Pjongjangiem. I ten międzynarodowy sojusz nienawidzi Europy i Ameryki, konkuruje z Zachodem w walce o hegemonię nad światem i w każdej chwili może się znaleźć w stanie otwartej wojny z NATO i pozostałymi sojusznikami USA.
Jak PiS staje się największą na Zachodzie organizacją dywersyjną propagującą intencje i cele polityczne antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii
Komunistom chińskim i koreańskim oraz szyickim perskim mułłom zależy na tym, aby niepodległa Ukraina upadła, bo uważają ją za uzbrojoną, hardą i położoną w kluczowym punkcie świata wysuniętą placówkę Zachodu. Dlatego instrumentalnie akceptują argumentację Moskwy, wedle której nazizm ma być prawdziwą ideologią Ukrainy. Ale ta teza – jak dotąd – nie ma w świecie istotnego odzewu. Wśród współczesnych politycznych liderów Czarnek jest ewenementem. Do upowszechniania tezy o nazistowskiej Ukrainie nigdy nie posunął się Viktor Orbán (choć przecież szczerze nie znosi Ukraińców) ani żaden z przywódców zachodniej nowej alternatywnej prawicy. Ani Giorgia Meloni, ani Marine Le Pen, ani Alice Weidel nigdy nie posłużyły się tym argumentem. Owszem, teza o „nazistowskim puczu”, jakim miał być kijowski Majdan 2014 r., propagowana jest od dawna przez marginalnych trockistowskich komunistów w USA i Wielkiej Brytanii (np. Workers World Party) oraz najbardziej radykalną południowoafrykańską partię komunistyczną, której lider Solly Mapaila każdego dnia walczy słowem przeciw Ukrainie, gdyż ma ona być „tworem nazistowskim sterowanym przez amerykańskich kapitalistów”.
Czytaj więcej
Przed upłynięciem czwartkowego ultimatum władz partii napięcie w PiS sięga zenitu. Z naszych informacji wynika, że były premier Mateusz Morawiecki...
Tak wygląda globalny klub współtowarzyszy Czarnka podzielających jego poglądy na temat Ukrainy. I co w tym najważniejsze, Czarnek, wykorzystując przydzieloną mu przez Kaczyńskiego pozycję kandydata na premiera, próbuje teraz przeciągnąć PiS do tego grona nienawidzących Zachodu sprzymierzeńców „osi zła”. Chce to zrobić niepostrzeżenie, tak by wyborcy PiS-u, owładnięci słusznym oburzeniem na kult UPA na Ukrainie, nie zorientowali się nawet, że ich partia staje się – paradoksalnie – największą na Zachodzie organizacją dywersyjną, propagującą intencje i cele polityczne nie tylko samej Moskwy, ale całego antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii. Z tradycjonalnej, katolickiej, okcydentalnej i atlantyckiej partii typowego konserwatyzmu kulturowego PiS miałby się przeobrazić w formację prawicowych „wokeistów”, „przebudzonych”, nienawidzących własnego świata i dążących do jego osłabienia w starciu ze wschodnimi despotiami.
Przemysław Czarnek rozpętał demony, które Jarosław Kaczyński musi teraz okiełznać i ujarzmić
Strategia Czarnka jest więc nie tylko próbą zakwestionowania
tradycji polskiej polityki wschodniej, wedle której interesem Polski jest
zawsze umacnianie niepodległości wschodnich sąsiadów, a nie podejmowanie
przeciw nim jakiejś gry z Moskwą. Ta strategia jest bowiem również zamachem na
ugruntowaną przez lata – za sprawą takich polityków, jak obaj bracia Kaczyńscy,
nieżyjący już Ludwik Dorn czy Mateusz Morawiecki – ideową tożsamość PiS-u: partii
przywiązanej do dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, a współcześnie budującej
Trójmorze – po to, by stawić opór sojuszowi wschodnich despotii. Chyba to
właśnie w końcu dostrzegł Jarosław Kaczyński, kiedy w końcu zdecydował się
powstrzymać bezkarne harce swojego kandydata na premiera. Zresztą ta nominacja
wyjątkowo nie udała się prezesowi PiS. Teraz, po upływie czterech miesięcy, efektem
premierowskich ambicji Czarnka jest tylko to, iż dwie Konfederacje mają dziś łącznie
większe poparcie społeczne niźli PiS. Czarnek rozpętał demony, które Kaczyński
– ratując własną partię – musi teraz okiełznać i ujarzmić. Pytanie brzmi: czy
jeszcze potrafi?
Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji