Jakub Ekier: Życie w poprzek

Nazywanie ludzi „symetrystami” pokazuje, jak często różnice polityczne w Polsce postrzega się w kategoriach wojennych – pisze tłumacz i poeta.

Publikacja: 05.05.2023 03:00

Kilka miesięcy temu Karolina Wigura opublikowała z Tomaszem Terlikowskim (na zdjęciu) zbiór rozmów „

Kilka miesięcy temu Karolina Wigura opublikowała z Tomaszem Terlikowskim (na zdjęciu) zbiór rozmów „Polka ateistka kontra Polak katolik”. Choć taki dialog ponad podziałami jest w Polsce wydarzeniem, potępił go na przykład publicysta „Krytyki Politycznej”.

Foto: fot. Fundacja Kultura Liberalna/mat.pras./Darek Golik

Pojęcie „symetryzmu” puszczono w obieg, kiedy w 2015 roku PiS doszło do władzy. Odtąd komentatorzy polityczni będący w opozycji zarzucają rzekomym „symetrystom”, że osłabiają ich obóz. Że krytykują PO na równi z rządzącą Zjednoczoną Prawicą, nie uważają tej drugiej za najszkodliwszą i wobec obu partii pozostają tak samo na dystans.

To zgadzałoby się z obrazem symetrii – ale nie z rzeczywistością. Dowód dają osoby najsilniej kojarzone z „symetryzmem”. Tygodnik „Kultura Liberalna” przyjął wprawdzie motto „Ze środka widać najwięcej”, jednak autorzy z tego kręgu nie pragną utrzymywać splendid isolation. Krytykują za to rozumowanie kategoriami dwóch tylko partii, dwóch możliwości będących do wyboru.

Pluralizm symetryzmu

„PiS boi się pluralizmu jak diabeł wody święconej” – tak w 2017 roku na łamach „Kultury Liberalnej” stwierdzili socjolożka Karolina Wigura i historyk prawa Jarosław Kuisz. Większy pluralizm życia politycznego i myślenia przyhamowałby ich zdaniem wahadło wyborczych zwycięstw PO albo PiS, które się samo napędza. Stworzyłby też stabilniejszą demokrację. Nie pytali oni więc o zgodę na obecną rzeczywistość, ale o skuteczną formę niezgody. W tym samym artykule ostrzegali: jeśli utrzyma się dualizm wrogich sobie partii, wyrośnie „trzecia siła, która nie musi mieć wcale przyjemnej twarzy”. A teraz zwyżkujące notowania Konfederacji potwierdzają groźnie ich dalekowzroczność.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Symetryści i propagandziści, czyli uroki życia w bańce

Gdzie indziej Wigura rzuciła też hasło „być antyradykalnym w świecie, który się radykalizuje”. W imię tego ludzie zwani „symetrystami” wchodzą w dialog z ludźmi o innych światopoglądach. Ale nieraz jednoznacznie krytykują rządzącą koalicję. Wciąż podkreślają też własne inspiracje. Są to zwykle pojęcia liberalizmu albo społeczeństwa otwartego, bliskie tylko jednemu z politycznych biegunów.

Nazwa „symetrysta” naznacza więc osobę wbrew niej, co językoznawcy uznają za naganne etykietowanie. Skąd my to znamy? Z wypowiedzi aktorów polityki, choć zwłaszcza po jednej stronie. Z takich przykładów, jak etykietka „marksistów” albo utożsamianie mniejszości seksualnych z rzekomą „ideologią LGBT”.

Wojna

Rządy ludzi mówiących w ten sposób są od ośmiu lat coraz radykalniejsze – i tak samo nastroje ich przeciwników. Było to znać także, kiedy kilka miesięcy temu Karolina Wigura opublikowała z Tomaszem Terlikowskim zbiór rozmów „Polka ateistka kontra Polak katolik”. Z konserwatywnym publicystą, filozofem z wykształcenia, dyskutuje ona w tej książce o kwestiach, które najbardziej dzielą nasze społeczeństwo. Ale choć taki dialog ponad podziałami jest w Polsce wydarzeniem, potępił go na przykład publicysta „Krytyki Politycznej”. „Symetrystka adoptuje taliba” – stwierdził Tomasz Kozak. „Prawaków” należy traktować z buta, a Terlikowski to „obleśny fundamentalista w perfumowanym garniaku”...

Czytaj więcej

Rekolekcje Tomasza Terlikowskiego

Inwektywy, pogarda i agresja osiągają w tym felietonie takie stężenie, że nie jest on wart dyskusji. Ilustruje tylko, jak łatwo u nas poniżać ludzi o innych poglądach. Prezentuje też wizję polskiej rzeczywistości, której się sprzeciwiają „symetryści”. U Kozaka obecna między wierszami, w naszej mowie publicznej i prywatnej streszcza się ona wyrazem „wojna”.

Co w tym słowie złego? – spyta ktoś zatroskany słusznie o prawa człowieka i praworządność w kraju, o jego pozycję i bezpieczeństwo. Czyżby rządzący byli skłonni do ustępstw? Czyżby nie było trzeba stale mówić „nie”, walczyć o sumienia współobywateli, a teraz, przed wyborami, wołać o wszystkie ręce na pokład? Owszem. Ale wyraz „wojna” znaczy więcej. Stawia rozłam polityczny na równi z dosłownie pojętą, najokrutniejszą wojną, kiedy taką rozpętano przeciw naszym sąsiadom. Mało który obyczaj niszczy język tak bardzo jak porównania, które wyolbrzymiając jedno zło, umniejszają drugie.

Znajdowanie wroga

Rzekoma wojna polska jest też zazwyczaj nieuczciwie przedstawiana: myśmy jej nie chcieli, skądże. Zaczęli tamci, a my tylko stwierdzamy ten fakt – i skwapliwie ogłaszamy koniec pokojowego współistnienia. A stąd już tylko krok, by odmówić drugiemu prawa do istnienia. O czymś takim pisze w „Tygodniku Powszechnym” Wojciech Bonowicz. Poeta i publicysta zwraca uwagę na to, jak podziały polityczne przenoszą się w życie prywatne i jak się dają łagodzić.

Ale kto prowadzi wojnę, musi namierzyć przeciwnika. Także stąd bierze się w naszym kraju pejoratywne szeregowanie innych: na przykład wyrazy „kaczyści”, „totalniacy”, „lewacy” albo – jak rzekłby Tomasz Kozak – „libkowie” bądź „katole”. Nie przypadkiem publicysta wytyka Wigurze, że jest nie dosyć liberałką. We frontowej wizji świata grunt to uchwytność nieprzyjaciela. Żeby łatwiej go było wziąć na celownik, ma się okopać na własnych pozycjach. A kiedy je porzuca, utrudnia sprawę. Tego nie lubi się w „symetrystach”, którzy tak naprawdę nimi nie są.

Mało który obyczaj niszczy język tak bardzo jak porównania, które, wyolbrzymiając jedno zło, umniejszają drugie

Tylko kim są w takim razie? Ludźmi suwerennymi w myśleniu? Taką cechę pisarz i tłumacz Andrzej Kopacki uważa za kategorię moralną. Ale przecież nie wolno przesądzać, że ktoś o bardziej radykalnych przekonaniach nie doszedł do nich własnym wysiłkiem. Nie należy przyznawać sobie wyłączności na „własny światopogląd”, „niezależność” albo „niepokorność”. Nie, „symetryści” czy, jak rzekłby Bonowicz, „myślący w poprzek podziałów plemiennych” wyróżniają się czymś innym. Umieją przełamać lęk przed tym, co po niemiecku zwie się „poklaskiem z niewłaściwej strony”. Nie boją się, że ich nie dosyć radykalne słowa zaraz wykorzysta ktoś z nimi poróżniony.

A przecież, jak pisze Bonowicz, można przynależeć do „czegoś, co jest głębiej niż wszelkie różnice”. Przynależeć „nie za bardzo”, bronić tego, co ważne, ale nie za cenę pognębienia kogokolwiek. Na tym polega według niego „życie w poprzek”. Czy to nie lepsza nazwa niż „symetryzm”?

Jakub Ekier

Autor jest poetą, tłumaczem, eseistą


Pojęcie „symetryzmu” puszczono w obieg, kiedy w 2015 roku PiS doszło do władzy. Odtąd komentatorzy polityczni będący w opozycji zarzucają rzekomym „symetrystom”, że osłabiają ich obóz. Że krytykują PO na równi z rządzącą Zjednoczoną Prawicą, nie uważają tej drugiej za najszkodliwszą i wobec obu partii pozostają tak samo na dystans.

To zgadzałoby się z obrazem symetrii – ale nie z rzeczywistością. Dowód dają osoby najsilniej kojarzone z „symetryzmem”. Tygodnik „Kultura Liberalna” przyjął wprawdzie motto „Ze środka widać najwięcej”, jednak autorzy z tego kręgu nie pragną utrzymywać splendid isolation. Krytykują za to rozumowanie kategoriami dwóch tylko partii, dwóch możliwości będących do wyboru.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Publicystyka
Paweł Kowal: W sprawie Ukrainy NATO w połowie drogi
Publicystyka
Łukasz Warzecha: Przez logikę odwetu Donald Tusk musi za wszelką cenę utrzymać się u władzy
Publicystyka
Groźny marsz Marine Le Pen
Publicystyka
W Małopolsce partia postawiła się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Czy porażkę można przekuć w sukces?
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Publicystyka
Łukasz Warzecha: Czas wprowadzić maksymalny wiek biernego prawa wyborczego
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą