Stwierdzenie, że właśnie to miejsce jest najbardziej zapalne w rywalizacji Chin z USA, jest miną, która może spowodować wybuch III wojny światowej – stało się jednym z największych geopolitycznych banałów ostatnich miesięcy czy może nawet lat. Ale podróż amerykańskiej polityk, a przede wszystkim jej deklaracja o tym, że „USA nie porzucą Tajwanu”, jest dobrą okazją do tego, by przypomnieć sobie kilka poprzednich odcinków tajwańskiego serialu.

Tak się akurat złożyło, że kilka miesięcy temu obchodziliśmy okrągłą, 50. rocznicę wizyty prezydenta Nixona w Chinach. Początek quasi-sojuszu amerykańsko-chińskiego, który, jeśli nie doprowadził, to co najmniej przyczynił się do zwycięstwa Stanów Zjednoczonych nad ZSRR w zimnej wojnie. Miał to być jeden z największych triumfów prezydenta Nixona, dowód jego dalekowzroczności i strategicznej przenikliwości, za który oddawano mu sprawiedliwość nawet po jego odejściu w niesławie afery Watergate.

Czytaj więcej

Po wizycie Pelosi na Tajwanie: Koniec z rozmowami dowódców armii USA i Chin

Na drodze do tego geostrategicznego gambitu stał tylko jeden pionek. Pekin nigdy nie nauczył się myśleć o Tajwanie inaczej, jak tylko o fragmencie swojego terytorium. USA traktowały go od czasu wojny w Korei jako kluczowy przyczółek. Ale podczas wizyty Nixona zmiękczyły swoje stanowisko jak nigdy wcześniej ani później. „Stany Zjednoczone uznają, że wszyscy Chińczycy po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej twierdzą, że są tylko jedne Chiny i że Tajwan jest częścią Chin. Rząd Stanów Zjednoczonych nie podważa tego stanowiska” – brzmiał najważniejszy ogłoszony w tamtych dniach komunikat. Słowa, które torując drogę do sojuszu z Państwem Środka, przyczyniły się do zwycięstwa w największej – jak wówczas sądzono – rywalizacji w historii USA.

Tyle że Chiny są dzisiaj bez porównania silniejsze niż ZSRR w szczycie swej potęgi. Z każdym rokiem coraz wyraźniej widać, że triumf w zimnej wojnie był dla USA pułapką losu. A trzy dekady, jakie minęły od tamtej pory, przypominać mogą całonocną zabawę, jaka toczyła się w grodzie Priama wokół konia trojańskiego.

Najzabawniejsze w tej historii jest chyba to, że Henry Kissinger, który był Kasandrą pełną gębą, ostrzegającą Amerykanów przed niebezpieczeństwami sojuszu z Państwem Środka, stał się również – już nie jako teoretyk, tylko sekretarz stanu – głównym architektem i wykonawcą tego posunięcia.