W miesięczniku „Znak” czytamy:

Wyborcy dysponują szeroką gamą możliwości wpływania na decyzje rządzących - od udziału w powszechnych wyborach, przez inicjatywy wyborcze i najróżniejsze formy protestów po dziennikarstwo obywatelskie. Niektórym to jednak nie wystarcza i sami próbują zdobyć władzę - tworząc własne partie. Przykładów tego typu inicjatyw nie trzeba szukać daleko: na Węgrzech i w Czechach w ostatnich wyborach weszły do parlamentu partie wywodzące się właśnie z ruchów obywatelskich.

Paweł Słoń, autor tekstu zastanawia się, czemu w Polsce takie inicjatywy się nie udają:

Przede wszystkim problemem jest nie tyle brak ruchu tego typu, ile brak skuteczności - żaden nie jest w stanie przekroczyć progu wyborczego. Do ewidencji partii politycznych wpisanych jest siedemdziesiąt dziewięć, z czego większość to obywatelskie inicjatywy.

Czy nie ma w Polsce potrzeby tworzenia takiego rodzaju partii?

W polskim parlamencie partie obywateli są wciąż nieobecne, ale nie jest to bynajmniej powód do niepokoju. Można uznać, że po prostu nie ma takiej potrzeby. Polski system polityczny i partyjny, choć rzadko jest adresatem pochwał, nie jest jeszcze tak "zabetonowany" jak choćby węgierski, oparty na klientelizmie jak niegdyś austriacki, a obywatele tak skłonni do protestów jak Amerykanie bądź Grecy. Z dużą dozą pewności można stwierdzić, że nawet jeśli czeka nas wielki wstrząs wywołany oporem wobec największych partii, to będzie miał on charakter odgórny.