Reklama

Ukraina: dobra mina do złej gry

Kryzys wywołany próbą zmiany konstytucji może doprowadzić do ostatecznego rozpadu jedności Majdanu.

Aktualizacja: 02.09.2015 23:09 Publikacja: 02.09.2015 22:07

Andrzej Łomanowski

Andrzej Łomanowski

Foto: Fotorzepa, Andrzej Bogacz Bogacz Andrzej

Obóz prezydencki na razie wyszedł z konfrontacji obronną ręką. Utracił co prawda konstytucyjną większość w parlamencie, ale zachował wystarczającą liczbę deputowanych, by spokojnie rządzić.

Ale konflikt wokół zmian w konstytucji – umownie nazywanych decentralizacją władzy – wstrząsnął podstawami jedności obozu rewolucjonistów z Majdanu.

Z rządzącej koalicji do opozycji przeszła tylko jedna partia – Ołeha Laszki. Sam ten populistyczny polityk nie budzi sympatii, jednak wraz z jego odejściem koalicja utraciła konstytucyjną większość. Ale pęknięcia w obozie prezydenckim okazały się znacznie głębsze.

Konflikt podzielił partię Samopomoc lwowskiego mera Andrija Sadowego. Usunięto z niej pięciu deputowanych za poparcie prezydenckich propozycji, gdy tymczasem cała partia była przeciw nim – mimo iż należała (i należy) do rządzącej większości. Podobny problem pojawił się z partią byłej premier, ambitnej Julii Tymoszenko.

Polityczny wstrząs wywołany propozycją zmian w konstytucji – a właściwie tylko ich ostatnim, 18., punktem przewidującym ustępstwa wobec Doniecka i Ługańska – był naprawdę duży, choć w jego wyniku z koalicji odpadli tylko politycy najsłabiej z nią związani.

Reklama
Reklama

Znacznie gorszym jego rezultatem jest polaryzacja społeczeństwa, która zakończyła się krwawo pod ścianami Werhownej Rady. W opozycji do prezydenta wystąpiły wspólnie partie nacjonalistyczne, zarówno te obecne w parlamencie, jak i stanowiąca pozaparlamentarną opozycję Swoboda. Poroszenko i jego zwolennicy znaleźli się tym samym między młotem a kowadłem.

Z jednej strony są zachodni partnerzy Ukrainy (głównie Niemcy) domagający się wypełniania za wszelką cenę mińskich porozumień, w których zapisane są ustępstwa wobec „niektórych rejonów obwodu donieckiego i ługańskiego" – nie zważając na działania drugiej strony. Od tego Zachód uzależnia dalsze wspieranie Ukrainy – tak przynajmniej uważają w Kijowie. Z drugiej wykrystalizowała się siła jasno i głośno je odrzucająca – bez względu na cenę. Zdeterminowana, gotowa pociągnąć za sobą wszelkich niezadowolonych i niecofająca się przed ofiarami w ludziach, co pokazały wydarzenia pod Radą.

Konflikt o to, czy i jak kończyć wojnę w Donbasie, objął jednak na razie niezbyt szerokie warstwy społeczeństwa. Socjologowie wskazują, że Ukraińcy, choć niezbyt dobrze orientują się w tym, co zawiera ich własna konstytucja, popierają jej zmianę – pod hasłem „decentralizacja" – zaproponowaną przez prezydenta. Jedynym, co ich może od tego odstręczyć, byłby ponowny wybuch wojny w Donbasie.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Edukacja zdrowotna bez seksu i bez sensu
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Niemcy w sprawie Grenlandii rozgrywają własne interesy kosztem Polski
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama