Jeszcze nigdy analiza danych statystycznych nie odgrywała tak kluczowej roli dla kształtowania działań państw, dotykających bezpośrednio ogółu ich obywateli. Jednocześnie wzięcie pod uwagę informacji, jakiej dostarczają nam dane wciąż może znacznie poprawić sposób funkcjonowania w pandemii.

Zaskakuje, że „liczba dnia" od której dzień zaczynają miliony Polaków – dobowy przyrost przypadków COVID – jest, po bliższym przyjrzeniu, niemal całkowicie pozbawiona wartości informacyjnej.

Czytaj także: PiS zmusi lekarzy do pracy przy chorych z Covid-19

W zgodnej opinii specjalistów COVID-19 charakteryzuje się wysokim odsetkiem nosicieli, a więc zakażonych wirusem, którzy nie wykazują objawów choroby (określenie „nosiciel", powszechnie używane np. w odniesieniu do np. HIV, wydaje się nam lepsze niż „chory bezobjawowy"). Z tego powodu ogromna ich większość umyka procedurom diagnostycznym – pojawiają się szacunki wskazujące, że ta ciemna liczba zakażonych kilkukrotnie przekracza liczbę zdiagnozowanych (kluczowym dowodem są testy serologiczne dużych populacji, ukazujące jaki odsetek miał kontakt z wirusem – COVID-19 Seroprevalence Surveys).

Mamy więc do czynienia z dwiema zasadniczymi grupami zakażonych koronawirusem: chorymi, którzy potrzebują diagnostyki i leczenia oraz nosicielami, których należy izolować, aby nie rozprzestrzeniali choroby. O ile tych pierwszych (zwłaszcza w ciężkim przebiegu) zidentyfikować dość łatwo (zwykle sami szukają pomocy), tych drugich szukać dużo trudniej (stanowią nieobserwowaną, „ciemną liczbę"). Dobowy przyrost przypadków jest sumą pozytywnie przetestowanych osób z obu grup – zaś dane o obłożeniu szpitali wskazują, że dominują w niej nosiciele (nie potrzebujący pomocy medycznej).

Kiedy, jak w ostatnich tygodniach, gwałtownie wzrasta dobowa liczba nowych przypadków, możemy mieć do czynienia z dwoma wyjaśnieniami. Po pierwsze, rzeczywista liczba zakażonych SARS-CoV-2 w społeczeństwie (ciemna liczba) może tak samo rosnąć. Po drugie, usprawnieniu mógł ulec proces typowania osób poddawanych testom.

Oczywistym jest bowiem, że testy nie są przeprowadzane losowo, a w celu identyfikacji zakażonych - testowani są ci, u których spodziewamy się wykryć wirusa. Drogi są zasadniczo dwie: diagnostyka kliniczna (osoba mająca objawy COVID, testowana w celu potwierdzenia diagnozy) bądź wywiad epidemiologiczny (kontakt z osobą zakażoną, np. obecność na tej samej imprezie). Jeśli procedury typowania poddawanych testom ulegną poprawie, liczba stwierdzonych przypadków wzrośnie, nawet bez wzrostu liczby testów czy wzrostu ogólnej liczby zakażonych (ciemnej liczby). Sytuacja nie różni się od np. walki z oszustwami VAT – poprawa analityki pozwala na zwiększenie skuteczności wykrywania oszustw pomimo spadku liczby kontroli.

W tym kontekście warto zastanowić się nad zmianami w procedurach diagnostyki COVID wprowadzonych w minionych tygodniach. Wydaje nam się, że jednym z istotnych czynników zasługujących na zbadanie jest zmiana w procedurach diagnostycznych, zwiększająca rolę lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Od 29 IX Ministerstwo Zdrowia publikuje codziennie dane o „liczbie zleceń POZ" (tabela). Można oczekiwać, że lekarze POZ okażą się całkiem skuteczni w ocenie objawów swoich pacjentów, a zatem kierowani przez nich na testy częściej uzyskają wynik pozytywny częściej niż, np. wyłowieni przez wywiad epidemiczny goście z wesel.

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły

Dane za https://twitter.com/MZ_GOV_PL

Czy nasza hipoteza jest słuszna – nie wiemy. Nie posiadamy danych umożliwiających jej zweryfikowanie. Jest je jednak w stanie zgromadzić ministerstwo zdrowia. Dr Adam Niedzielski, doświadczony w pracy ze wskaźnikami statystycznymi powinien zweryfikować, czy wzrost liczby stwierdzonych przypadków jest naszą porażką (częściej się zakażamy) czy jego sukcesem (znacznie poprawił skuteczność kierowania na testy). I wyjaśnić nam co się stało, bo ma to kluczowe znaczenie dla dalszej strategii postępowania.

Dobowy przyrost przypadków COVID ma jeszcze jedną wadę. Jak zauważa w weekendowym dodatku Plus Minus A. Sośnierz, codzienne komunikaty o rozwoju pandemii budują grozę sytuacji. „Gdybyśmy codziennie informowali, ile osób zmarło danego dnia na grypę, na raka albo zginęło w wypadkach samochodowych, to też robiłoby to na społeczeństwie duże wrażenie. To jest jeden z mechanizmów wzbudzania paniki". To także coś więcej – akcja wywołuje reakcję - jak w morale bajki o chłopcu, który krzyczał Wilk! To, że „prawie co piąty Polak (17%) uważa, że nie ma żadnej epidemii koronawirusa" (ciekaweliczby.pl) jest w niemałym stopniu efektem histerycznego stylu komunikacji medialnej i braku wyjaśnień (a często łatwo identyfikowalnej manipulacji) dostępnymi powszechnie statystykami opisującymi rozwój epidemii. Im więcej niejasności i problemów, tym bardziej atrakcyjne staje się wyjaśnienie w postaci „to blaga". Nie pomaga polaryzacja polityczno-kulturowa, która paraliżuje zdolność współczesnych demokracji do wdrażania racjonalnych polityk w wielu dziedzinach. Spór polityczno-medialny nie dotyczy już tego, czy 2+2 to 4 czy 5 (dawniej kompromis polityczny mógłby stanąć na rozsądnym 4,5). Obecnie spór dotyczy tego, czy to +10 czy -10, z najmniejszą wątpliwością czy wezwaniem do korekty interpretowanym jako herezja. W takiej atmosferze łatwo o niedomówienia, nierzadko ze szlachetnych pobudek zwiększania mobilizacji w walce z epidemią

Jedną z najbardziej interesujących, bo praktycznie nieobecnych w dyskusji publicznej, statystyk dotyczących epidemii COVID jest wiek jej ofiar. Przyciągają uwagę, jeśli wśród ofiar pojawi się np. trzydziestolatek (dwa takie przypadki od 21 IX: 29 IX i 2 X), mniejsze, gdy 99-latek (7 X). To paradoks, bo polityka informacyjna Ministerstwa Zdrowia była do soboty 10 X niezwykle transparentna - codziennie pojawiały się nowe indywidualne dane na ten temat. W naszej ocenie, w celu umożliwienia racjonalnej dyskusji o strategii walki z epidemią (i uniknięcia zarzutów cenzury informacji), do publikacji tych danych należy niezwłocznie wrócić, gdyż wyjaśnienia resortu trudno uznać za przekonujące („w związku z wydłużającą się formą przekazywanych komunikatów ... raporty dotyczące zakażeń nie będą zawierać szczegółowych danych dot. osób zmarłych")

Wielu rozsądnych ludzi może uznać, że epatowanie średnim wiekiem ofiary COVID na poziomie 75,4 lat (21 IX – 8 X) może okazać się dewastujące dla społecznej mobilizacji. Tymczasem jest też zdradliwe dla tych, których stara się chronić. Przyznanie, że choroba jest największym problemem dla grupy zaawansowanych seniorów jest bowiem warunkiem reorientacji strategii walki z epidemią w kierunku ochrony najbardziej narażonych

Śmierci osób zakażonych koronawirusem (w tym z powodu współistnienia COVID-19 z innymi schorzeniami) wg. grupy wiekowe

Dane za https://twitter.com/MZ_GOV_P

Pozytywnie należy tu ocenić inicjatywę przywrócenia godzin dla seniorów w sklepach i urzędach. Kolejne kroki powinny objąć np. Można także podjąć dalsze działania nakierowane na ochronę seniorów, które w naszej ocenie maja duży potencjał skuteczności przy znikomych kosztach społecznych i ekonomicznych

Po pierwsze, warto wprowadzić praktykę regularnego testowania (co tydzień lub dwa) pracowników DPS-ów, stykających się regularnie z dużą grupą (często schorowanych) seniorów. Pozwoliłoby to szybko wykrywać osoby, które same nie chorując przyczyniają się do zakażenia swoich podopiecznych

Po drugie, ciężar dyskusji o noszeniu maseczek na ulicy czy w szkołach warto przenieść na szczere i bezpośrednie wyjaśnienie absolutnej konieczności zakładania ich w kontaktach rodzinnych z babciami i dziadkami. Będzie to szczególnie ważne wobec rodzinnego charakteru zbliżających się świąt. Zdumiewa w tym momencie całkowita bierność instytucji niosącej na sztandarach troskę o tradycyjną, wielopokoleniową rodzinę, walkę z egoizmem i znaczenie miłości bliźniego. Trzeba sobie powiedzieć jasno, że poprzedni Minister Zdrowia miał rację. Maseczki stosowane „doustnie czy na ręce (...) nie zabezpieczają przed wirusem". Ale zakładane na nos i usta (nawet, gdy by je zrobić, ktoś przeciął „biustonosz na pół") zabezpieczą noszącego przed przeniesieniem wirusa na inna osobę

Po trzecie, edukacja i egzekwowanie obostrzeń musi przenieść się w te miejsca, gdzie seniorzy są narażeni najbardziej. To nie na weselach czy koncertach i festiwalach seniorzy regularnie przebywają w kilkudziesięcioosobowych grupach na terenie zamkniętych pomieszczeń

Po czwarte wreszcie, pandemia może być dobrą okazją do zajęcia się szerzej tym, co odchodzący RPO dr Adam Bodnar nazywa polityką senioralną. Od rozwiązań tak prostych jak adaptacja mieszkań (ilu seniorów pada ofiarą wypadków we własnych, nieprzystosowanych łazienkach), przez profesjonalne podejście do geriatrii jako gałęzi medycyny

Argumenty te nie świadczą jednak oczywiście, że SARS-CoV-2 dla nie-seniorów jest zupełnie niegroźny. Pomocne jest tu rozróżnienie na zgony „z powodu współistnienia COVID-19 z innymi schorzeniami" i „z powodu COVID-19". Wśród 429 ofiar z pierwszej grupy (21 IX – 8 X) tylko dwa procent nie przekroczyło pięćdziesiątego roku życia (najmłodsza ofiara – 41 lat). Wśród ofiar samego COVID-19, osoby które nie przekroczyły pięćdziesiątki stanowiły już 14 procent (najmłodsza ofiara 35 lat). Zapewne właśnie w tamtej grupie pojawiały się tzw. burze cytokinowe o których mówią klinicyści zajmujący się COVID

Trudno nie zgodzić się z prof. Simonem (RZ, 8 X 2020, A4), że „epidemia pozostanie z nami prawdopodobnie do końca naszego życia i będzie czymś zbliżonym do grypy". Obawiamy się, że ułudą jest oczekiwanie, że problem rozwiąże komercjalizacja szczepionki. W historii ludzkości za pomocą szczepień udało się wyeliminować tylko jedną chorobę zakaźną – ospę prawdziwą uznaną za całkowicie eradykowaną w 1980 r

Z COVID będziemy musieli nauczyć się żyć, oby jak najszybciej przystępując do rozwiązywania innych, nie mniej palących problemów medycznych. Na raka szyjki macicy umiera rocznie około 1,6 tys. Polek. Na opracowanie tej szczepionki nie trzeba czekać

- dr Wojciech Rogowski, Kamil Jońsk

Autorzy są ekonomistami, zajmują się badaniami procesu formułowania i wdrażania polityk publicznych, prowadząc w Szkole Głównej Handlowej projekt finansowany ze środków NCN „Jakość i funkcjonalność ocen skutków regulacji w perspektywie teorii tworzenia polityk publicznych w oparciu o dowody".